Dewaluacja świetlówki

7 komentarzy

luke

Miecz świetlny to jeden z najbardziej zapadających w pamięć rekwizytów w historii kina. Być może najfajniejszy – bo niemożliwy, nierealny. A przecież każdy dzieciak po obejrzeniu “Gwiezdnych wojen” udaje, że ma go w rękach.

Bzzzzzzzium bzz drzzzzium bzzzzz…

Każdy “dzieciak”. Jasne. Nie, żebym sam nadal od czasu do czasu… Kto, ja? Gdzieżby.

Bzzzz bzzz bzium!

Miecze świetlne fajne były, są i będą, ale po zeszłorocznej powtórce z całej sagi i niedawnym nadrobieniu “Rebeliantów” doszedłem do wniosku, że po drodze Lucas i jego następcy zgubili jakiś ważny element z oryginalnej trylogii. Element samej prezentacji miecza świetlnego, jak i pojedynków na miecze, czy, jeszcze szerzej, sposobu przedstawiania Jedi i ich przeciwników. Ale co właściwie zgubili? Ten tekst będzie próbą znalezienia odpowiedzi na to pytanie. Jest również pewnym uzupełnieniem mojego cyklu przypominającego całą sagę. Jeśli jesteście nowymi czytelnikami / słuchaczami, lub chcielibyście go sobie powtórzyć – znajdziecie tamte teksty tutaj.

Znacie zasadę zachowania ninjutsu opisaną przez TV Tropes? W skrócie: ninjutsu jest tym słabsze, im więcej jego użytkowników jest w jednym miejscu. Jeśli na ekranie jest jeden ninja, jest on śmiertelnym zagrożeniem. Jeśli bohater stawia czoła tabunowi ninja, wygra z łatwością. Spojler: jeden z moich głównych zarzutów odnośnie wykorzystywania mieczy świetlnych w “Gwiezdnych wojnach” do tego się sprowadza. Im więcej mieczy świetlnych, tym mniejsze robią wrażenie. Ale to tylko część problemu.

Jak właściwie George Lucas pokazał widzom miecze świetlne? Czemu służyła ich obecność na ekranie? Czy mówiły nam coś o ich użytkownikach? Żeby znaleźć odpowiedzi na te pytania, trzeba przyjrzeć się całości ekranowych “Gwiezdnych wojen” – myślę o dużym i małym ekranie, więc zajmę się filmami kinowymi oraz “Wojnami klonów” i “Rebeliantami”.

obi-wan-v-vaderMiecz świetlny pojawia się w “Nowej nadziei” jakieś pół godziny po rozpoczęciu filmu, gdy Obi-Wan wręcza Luke’owi broń jego ojca, przy okazji opowiadając o rycerzach Jedi. Miecz jest przedmiotem, który łączy Luke’a z ojcem, którego nie znał, ze światem przygód, wyzwań i niebezpieczeństw, którego pożąda. I choć Luke niczego jeszcze nie dokonał, to już w ten świat wkroczył – od tego momentu miecz ciągle wisi mu u pasa, by o tym przypominać.

Następna ważna scena rozgrywa się w kantynie w Mos Eisley, gdzie miecz świetlny jest na ekranie przez parę sekund. Z jednej strony widzimy tam po raz pierwszy, że Obi-Wan jest wojownikiem, z drugiej – jak właściwie ten miecz jako broń działa. A raczej nie widzimy, bo mamy tylko błyśnięcie ostrza i odciętą rękę na podłodze.

Potem Luke ćwiczy pod okiem Obi-Wana na pokładzie Sokoła Milenium. Ponownie mamy utożsamienie miecza świetlnego z rycerzami Jedi i Mocą, młody bohater rozpoczyna długą drogę do poznania tajemnych nauk.

I wreszcie pojedynek na poładzie Gwiazdy Śmierci. Nie mogę napisać, żeby tej scenie początkowo towarzyszyły jakieś ogromne emocje. Tak, mamy powiedziane, że to spotkanie byłego mistrza i ucznia, ale w filmie nic poza tą wzmianką nie ma. Choć przynajmniej jest to starcie dwóch postaci z podobnym czasem ekranowym – Vader jest obecny na ekranie od pierwszych scen, mniej więcej rozumiemy, jakim jest zagrożeniem i czemu. Mimo to prawdziwe emocje pojawiają się dopiero pod koniec sceny, wraz z poświęceniem Obi-Wana – bo to mentor Luke’a, bo towarzyszył nam przez pół filmu, wreszcie – bo chwilę później słyszymy jego bezcielesny głos i przekonujemy się, że to, co zdążył przekazać Luke’owi o Mocy to zaledwie niewielka część jakiejś większej, tajemniczej całości.

I tyle. Cztery sceny w całym filmie. Dla Luke’a – było nie było głównego bohatera – miecz w tej części pozostaje symbolem, ani razu nie używa go jako broni czy narzędzia, nie rozwiązuje nim żadnych problemów. Dla Obi-Wana i Vadera jest to broń, po którą sięgają tylko, gdy jest to naprawdę konieczne (Vader woli dusić, Obi-Wan wpływać na umysły i skradać się cichcem). Słowem: zarówno bohaterowie, jak i sam film, korzystają z mieczy świetlnych bardzo oszczędnie.

duelPierwsza scena z mieczem świetlnym w “Imperium kontratakuje” pokazuje nam postępy Luke’a. Wisi głową w dół w jaskini wampy i korzysta z Mocy, by po paru próbach przyciągnąć leżącą w śniegu rękojeść. Uwalnia się, broni przed wampą i wybiega. W “Nowej nadziei” mieliśmy Vadera duszącego Mocą, ale to tutaj po raz pierwszy widzimy przenoszenie przedmiotów dzięki Mocy.

Dwie następne, krótkie sceny pokazują miecz świetlny jako narządzie – najpierw Han rozcina nim brzuch tauntauna, potem Luke wycina dziurę w brzuchu AT-ATa by wrzucić tam granat. Nie są ważne.

Potem długo nic, aż do sceny na Dagobah, gdy jakiś czas po rozpoczęciu treningu z Yodą Luke wchodzi do jaskini – wbrew sugestiom Yody, uzbrojony. Dochodzi do pojedynku z widmem Vadera, który pod maską skrywa twarz Luke’a. To jest ważna scena dla fabuły filmu, bo mamy wizję starcia, do którego dojdzie w finale oraz sugestię więzi łączącej Luke’a i Vadera. Natomiast jeśli chodzi o przedstawianie mieczy świetlnych czy, szerzej, Jedi w serii, ważniejsza jest jej otoczka. To, że Yoda radzi Luke’owi, by nie wchodził do jaskini z mieczem, jak i to, że sam Yoda – najpotężniejszy, najmądrzejszy Jedi w cyklu – sam ani razu z miecza nie korzysta.

I wreszcie finałowy pojedynek. Emocjonujący od samego początku – bo to bohater dwóch ostatnich filmów, po raz pierwszy stawiający czoła głównemu złemu. Bo Luke jest – błędnie – przekonany, że Vader zabił jego ojca, a jakby tego było mało jeszcze zabił Obi-Wana, więc w grę wchodzi motyw zemsty. Bo widzieliśmy wizję na Dagobah, w której Luke wygrał walkę, ale reakcja Yody nie pozostawiała wątpliwości, że przegrał coś dużo ważniejszego. I wreszcie – bo Yoda i Obi-Wan nie owijając w bawełnę powiedzieli, że jeśli Luke stawi Vaderowi czoła przed ukończeniem treningu to zginie. Więc już na starcie stawka nie mogłaby być większa. A po walce okazuje się, że owszem, może być – prawda o ojcostwie wychodzi na jaw, Luke odkrywa, że Obi-Wan go okłamał, a następnie zostaje postawiony pod ścianą – ma dołączyć do Vadera lub zginąć. I wybiera tę drugą opcję – tak jak Obi-Wan w “Nowej nadziei”, wybiera poświęcenie. (Chyba, że mielibyśmy uznać, że Luke był zaznajomiony z działaniem Miasta w Chmurach i z góry wiedział, że przeżyje samobójczy skok; moim zdaniem film tego nie sugeruje.)

Wiadomo, że w sequelu wszystko musi być “bardziej”. No i proszę – zamiast czterech, całe pięć scen z mieczem świetlnym. Lecimy dalej.

maxresdefault2Pierwsza scena z mieczem świetlnym w “Powrocie Jedi” miała ponownie pokazywać postępy Luke’a. Przedstawiała go w jaskini na Tatooine, kończącego budowę nowego miecza, mającego zastąpić ten, który stracił wraz z ręką w Mieście w Chmurach. Miała być wprowadzeniem do sceny z R2-D2 i C-3PO idącymi do pałacu Jabby. Ostatecznie wyleciała w montażu, a miecz świetlny z zielonym ostrzem debiutuje jakieś pół godziny później. I ta scena również pokazuje postępy Luke’a – nie tylko mamy nowy miecz świetlny, ale i główny bohater przy jego pomocy eliminuje całe zastępy statystów. Pierwszy raz widzimy rycerza Jedi walczącego z kimś nieuzbrojonym w miecz świetlny (Obi-Wan odcinający rękę w kantynie w “Nowej nadziei” to nie była walka). Tak naprawdę pierwszy raz widzimy Luke’a biorącego udział w dużej walce naziemnej – dotąd albo walczył w kosmosie, albo strzelał do pojedynczych szturmowców. Więc na otwarcie ostatniej części trylogii dostajemy scenę, która nie pozostawia wątpliwości co do postępów, jakich dokonał bohater.

Następna scena jest krótka – pościg na Endorze kończy się, gdy uziemiony Luke odbija mieczem strzały lecącego na skuterze szturmowca, a następnie ucina dziób maszyny. Nie jest ważna.

Trzecia scena jest tylko trochę dłuższa, ale nieco ważniejsza – Vader uruchamia miecz Luke’a, oceniając jego konstrukcję. Stwierdza przy okazji, że trening Luke’a dobiegł końca. Nieco wcześniej Luke stwierdził coś podobnego (“a więc jestem <już> Jedi”), tylko po to, by umierający Yoda go zganił, stwierdzając, że zostanie Jedi dopiero po konfrontacji z Vaderem.

Czwarta scena – pojedynek. Tym razem już na starcie wiemy, kto jest czyim ojcem, wszystko jest na wierzchu, a przez to emocje nie są aż tak wyśrubowane, jak w “Imperium kontratakuje”. Rosną dopiero, gdy Vader odkrywa, że Leia jest jego córką i stwierdza, parafrazuję, że Luke może sobie być pacyfistą, bo zawsze można go zabić i zamiast niego przeciągnąć na Ciemną Stronę Leię. Próbujący dotychczas uniknąć walki Luke rzuca się na Vadera i pokonuje go – ale to nie jest koniec pojedynku, bo przeciwnikiem tak naprawdę nie jest Vader, tylko Imperator. Pojedynek kończy się dopiero, gdy Luke odrzuca broń. To wtedy stwierdza z pełnym przekonaniem, ponownie parafrazując, “ok, teraz naprawdę jestem już Jedi”.

Do tego, co to właściwie znaczy jeszcze wrócę, tymczasem – niby w “Powrocie Jedi” znowu mamy tylko cztery sceny, ale nie będę się upierał, że tu również Lucas był oszczędny jeśli o miecze świetlne chodzi. Walka z pajacami z pałacu Jabby na Tatooine jest długa i widowiskowa. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co dzieje się w prequelach.

Darth_Maul_lightsaber_reveal

Na wypadek, gdybyście się jeszcze nie zorientowali – tym razem omawiamy filmy w kolejności powstawania (która jest zresztą najwłaściwszą kolejnością oglądania). Przechodząc do prequeli muszę od razu zaznaczyć, że wyliczanie każdej sceny z mieczem świetlnym nie ma sensu. Jesteśmy w epoce aktywnie działającego Zakonu Jedi, większość pierwszoplanowych bohaterów to Jedi, miecze świetlne latają na lewo i prawo. Lucas nie oszczędzał. Problem w tym… no, problemów jest tu wiele. Problem na który chcę zwrócić uwagę w tym momencie jest taki, że Obi-Wan i Qui-Gon (a w kolejnych częściach również Anakin i nawet nieszczęsny Yoda) wyciągają miecze w każdej walce. A każda walka Jedi z przeciwnikami bez mieczy świetlnych wygląda tak samo (z jednym, znakomitym wyjątkiem). Parę odbić strzałów, może jakieś pojedyncze wykorzystanie Mocy, parę cięć, koniec. Nieważne, czy akurat tną komputerowo wygenerowane droidy, komputerowo wygenerowanych kosmitów czy komputerowo wygenerowane klony. To powinno być ekscytujące – oglądamy w pełni wyszkolonych Jedi w czasach, o których dotąd słyszeliśmy tylko jakieś wyrwane z kontekstu fragmenty – ale nie jest.

A zatem to jest podstawowe wykorzystanie mieczy świetlnych w prequelach – dużo powielanego, pozbawionego inwencji machania. Przejdźmy zatem do scen, które jakoś się na tym kiepskim tle wyróżniają.

Mamy w “Mrocznym widmie” scenę podobną do tej z “Nowej nadziei”, gdy mały Anakin dostrzega miecz świetlny Qui Gona i później, przy kolacji, identyfikuje go na tej podstawie jako Jedi. Mały chłopiec jest przekonany, że nikt nie jest w stanie zabić Jedi, smutny Qui Gon wyprowadza go z błędu. Miecz jest tutaj symbolem marzeń i nadziei Anakina. O czym wiemy, ponieważ George Lucas upewnia się, żebyśmy o tym wiedzieli i każe Anakinowi opowiedzieć swój sen, w którym był Jedi i przyleciał na Tatooine by wyzwolić niewolników. Typowa lucasowska subtelność.

Następnie mamy pierwszy pojedynek Qui-Gona z Darthem Maulem. Maul nie wyskakuje znikąd – my, widzowie, byliśmy świadkami tego, jak przylatuje na Tatooine i rozpoczyna poszukiwania. Ale dla Qui-Gona jest to kompletne zaskoczenie i kompletna niewiadoma. A za tym idzie kompletny brak emocji. Darth Maul nie ma charakteru ani motywacji, jest po prostu Zagrożeniem. Równie dobrze Qui-Gon mógłby walczyć z tsunami czy spadającym kowadłem.

Drugi pojedynek, na Naboo, jest trochę ciekawszy, bo ma trzech uczestników – Qui-Gona, Maula i Obi-Wana. Emocji wciąż nie ma żadnych, ale przynajmniej mamy innowację. Trzech walczących, miecz z dwoma ostrzami, widowiskowa choreografia – wystarczy, by przyjemnie się to oglądało. Ale o Maulu wciąż nic nie wiemy, więc jakiekolwiek emocje pojawiają się dopiero w momencie śmierci Qui-Gona. Raz, że jest nam przykro jako widzom, dwa, że dla Obi-Wana jest to prawdziwa strata. I dopiero w tych ostatnich minutach starcia jest on emocjonalnie zaangażowany w walkę, motywuje go coś poza tym, że ma przed sobą Zagrożenie które trzeba pokonać. Dopiero na sam koniec – pod względem motywacji bohaterów, ich zaangażowania w konflikt, tego nawet nie można porównywać ze starciami Luke’a i Vadera. A dalej będzie jeszcze gorzej.

Jango-Fett-shooting-at-Obi-Wan-Kenobi-on-Kamino-from-air

Pierwsza duża scena akcji w “Ataku klonów” to pościg śmigaczami śmigającymi między wieżowcami na Coruscant, więc dorosłego Anakina poznajemy najpierw jako pilota i akrobatę – choć wcześniej na moment mignął mieczem świetlnym, by pozabijać mordercze glisty pełzające po sypialni Padme. Z w miarę istotnych rzeczy – Anakin ten miecz w czasie pościgu gubi. Łapie go Obi-Wan, po czym strofuje Anakina za to, że go zgubił. Przypomnijmy – tego Anakina, który tak zachwycał się mieczem świetlnym w “Mrocznym widmie”, a teraz chce tylko, że Obi-Wan przestał go zanudzać. Przeskakując do drugiej połowy filmu – Anakin później straci ten miecz na dobre, gdy coś go rozetnie na taśmie montażowej fabryki droidów na Geonosis. Wtedy jego jedyną reakcję będzie “no nie, Obi-Wan mnie zabije”. Biorąc pod uwagę, jakie znaczenie ma przekazanie miecza Anakina Luke’owi w “Nowej nadziei” i to, jakie ta broń ma znaczenie nawet później, już w “Przebudzeniu Mocy” – to śmieszne, jak bardzo samego Anakina to kompletnie nie obchodzi.

Wracając do “Ataku klonów”, mamy tu jedyne ciekawe starcie Jedi z kimś bez miecza świetlnego. Obi-Wan kontra Jango Fett na Kamino. Biorąc pod uwagę, jak Jedi przechodzą przez tłumy uzbrojonych statystów w każdych innych okolicznościach, ta scena sprowadza nas na ziemię. Jedi nie są wszechmocni, a ktoś przygotowany, pomysłowy i dobrze wyposażony może być dla nich zagrożeniem nawet w walce jeden na jeden. To dobrze obrazuje, czemu Qui-Gon był taki smutny, słysząc jak Anakin mówi “nikt nie może zabić Jedi”.

Niestety, w finale filmu zostanie to zobrazowane źle. Wręcz tragicznie, gdy kilkudziesięciu Jedi zjawi się znikąd na arenie na Geonosis, by uratować Obi-Wana, Anakina i Padme. Nagle na ekranie jest pełno migających mieczy świetlnych i Jedi padających jak muchy, w zasadzie nie wiadomo od czego. To znaczy – wiadomo, droidy do nich strzelają. Tylko czym niby ta strzelanina różni się od każdej, w której wcześniej brali udział nasi bohaterowie? Bo o ile Jango Fett miał masę różnych zabawek i świetne przeszkolenie, a film w tej jednej scenie pokazał go jako wiarygodne zagrożenie dla Obi-Wana, tak tutaj mamy te same zastępy statystów, które nigdy dotąd nie były dla Jedi problemem. A przynajmniej dla Jedi pierwszego planu. Najwyraźniej statyści to Jedi gorszego sortu.

Jest tu jeszcze pojedynek. Jeśli chodzi o choreografię – po wyeliminowaniu Obi-Wana z walki Anakin przez chwilę walczy dwoma mieczami, dopóki hrabia Dooku nie niszczy jednego z nich. To jest coś, czego dotąd nie widzieliśmy, a zawsze miło zobaczyć jakąś innowację. Jeśli chodzi o motywację bohaterów, to rany boskie. Rany boskie. Darth Maul przynajmniej był obecny w filmie mniej więcej od początku, nawet, jeśli tylko stał w tle. Hrabia Dooku miga w jednej scenie, podglądany przez Obi-Wana, gdzieś w 2/3 całości, a potem przychodzi go przesłuchać, niedługo przed finałem. W tej scenie Lucas na chybcika próbuje nadać mu jakiegoś znaczenia – Dooku okazuje się być dawnym mistrzem Obi-Wana – i sięga po zagrywkę Vadera z oryginalnej trylogii – Dooku mówi “dołącz do mnie, a razem…” Tylko tam, gdzie w oryginale było “dołącz do mnie, a razem będziemy rządzić galaktyką jako ojciec i syn”, tu mamy “dołącz do mnie, a razem pokonamy Sitha manipulującego Senatem (jako mistrz twojego mistrza i ty)”. I działa to mniej więcej tak zgrabnie, jak to zdanie. Zasadniczo żadna z walczących postaci nie obchodzi innych walczących postaci, więc czemu mają obchodzić widzów? Jeszcze Obi-Wan i Anakin trochę się o siebie troszczą, kiedy Dooku na zmianę rani to jednego, to drugiego. Ale nawet w to trochę trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę, że spędzili niemal cały film osobno (a w wypadku Anakina również nieustannie narzekając na Obi-Wana). A potem pojawia się Yoda. Tu mamy drugą rundkę dodawania znaczenia na chybcika, bo okazuje się, że Yoda był mistrzem Dooku. O czym dowiadujemy się chyba kiedy już zaczęli walczyć. Jest to wszystko, nie przebierając w słowach, beznadziejnie napisane. A i wykonanie jest cienkie – koncepcyjnie, bo Yoda z mieczem to chybiony pomysł i realizacyjnie, bo Yoda skaczący jak Gumiś i kręcący się jak bączek to poroniony pomysł.

grievous

Dobiliśmy dna, możemy się tylko odbić. A przynajmniej – powinniśmy się odbić i w sumie w “Zemście Sithów” trochę się odbijemy, ale też będziemy jeszcze trochę po tym dnie szorować. Z jednej strony w starciach będzie więcej emocji, a w samym filmie zobaczymy trochę innowacji, z drugiej – będą też starcia kompletnie bez emocji, a same innowacje będą cudacznymi, odpustowymi atrakcjami (patrz obrazek).

Zaczynamy film od pojedynku. To prawdziwa nowinka. Problem w tym, że rewanż między Obi-Wanem i Anakinem a hrabią Dooku jest równie wyprany z emocji, co pierwsze starcie. Może poza tym, że Anakin ma Dooku za złe za to, że odciął mu rękę. Więc tak, jest trochę lepiej – tym razem uczestnicy przynajmniej się znają i są między nimi jakieś nominalne zaszłości. Można powiedzieć, że scena spełnia absolutne minimum wymagań i tyle.

Potem odpustowa nowinka nr 1 – droidy towarzyszące Grievousowi mają jakieś pałki, które blokują miecze świetlne. Więc walki z droidami-statystami robią się minimalnie ciekawsze, bo co któryś statysta wymaga od Jedi odrobiny zaangażowania. Może trochę szkoda, że te droidy z pałkami pojawiają się chyba tylko w dwóch scenach.

Przy okazji – pamiętacie, co pisałem o “oszczędności” w “Nowej nadziei” i “Imperium kontratakuje”? Pamiętacie zasadę zachowania ninjutsu? Myślałby kto, że tabun Jedi na arenie w “Ataku klonów” zajeździ ekranowy wizerunek Jedi tak, że już bardziej nie będzie się dało. Ale w “Zemście Sithów” nagle każdy walczy z każdym. W każdym poprzednim filmie pojedynek na miecze świetlne był kluczową sceną filmu, najczęściej kulminacją. Nawet jeśli była to źle napisana scena, to przynajmniej była to jedna z najważniejszych scen filmu. Jedynie “Mroczne widmo” miało dwa starcia na miecze świetlne, przy czym to pierwsze było tylko zapowiedzią finałowej walki. Tymczasem w “Zemście Sithów”… zresztą policzmy.

  1. Obi-Wan i Anakin kontra hrabia Dooku.
  2. Obi-Wan kontra Grievous.
  3. Agen Kolar (kto?), Saesee Tiin (kto?), Kit Fisto (kto?) i Mace Windu kontra Palpatine, z gościnnym występem Anakina.
  4. Yoda kontra Palpatine.
  5. Obi-Wan kontra Anakin.

Pierwszą już omówiliśmy. Druga – filmowy Grievous to jakaś popierdółka, wyskakuje nie wiadomo skąd, jest nie wiadomo kim. Jedna linijka dialogu mówi, że był swego rodzaju uczniem Dooku. Nie, żeby był z nim jakoś emocjonalnie związany, nie, żeby chciał go pomścić, nie, żeby miał jakąkolwiek motywację. Inna linijka dialogu mówi, że zabijał już Jedi – nie, żeby Obi-Wan chciał ich pomścić czy coś. Grievous to po prostu kolejne Zagrożenie, równie interesujące jak wspomniane wyżej spadające kowadło. Ten brak jakichkolwiek ciekawych elementów film próbuje nadrobić odpustowymi atrakcjami – Grievous to cyborg! (I co z tego?) Ma cztery ręce! Korzysta z czterech mieczy na raz! Może nimi kręcić jak wiatrak! Tylko co z tego? Obi-Wan ma z nim kłopoty dopiero na samym końcu, gdy po drodze między pierwszą a drugą rundą starcia gubi miecz świetlny. Emocjonalne zaangażowanie jest żadne. Choreografia – również. Te cztery ręce kompletnie nie zostały przez twórców wykorzystane.

Starcie numer trzy. Mace Windu i statyści. Kompletni statyści, ginący bez wykonania choćby jednego ruchu. Zaangażowanie emocjonalne – żadne. Palpatine z mieczem to pomysł równie chybiony, co Yoda z mieczem. Ale przynajmniej po wyeliminowaniu statystów pojawiają się jakieś emocje, gdy na scenę wchodzi Anakin. No i po raz kolejny wszyscy pozostali uczestnicy starcia się znają i są powiązani wieloletnimi relacjami. Co powinno być podstawą emocjonującej, wciągającej konfrontacji, ale prequele dobitnie udowodniły, że nie możemy tego oczekiwać od każdego z tych starć.

Starcie numer cztery. Tak jak w wypadku walki Yody z Dooku – nie podoba mi się koncept, nie podoba mi się wykonanie. Ale przynajmniej tym razem walczący naprawdę się znają (“naprawdę”, w sensie – widzieliśmy ich wielokrotnie razem na ekranie, a nie tak jak w “Ataku klonów”, gdzie informuje nas o tym jedna kwestia).

I wreszcie starcie numer pięć. Jedyne porządne w całym filmie. Kulminacja całej trylogii, z dużymi stawkami, z postaciami w pełni zaangażowanymi emocjonalnie w to, co się dzieje, będąca konsekwencją… no, praktycznie wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu poprzednich dwóch filmów. Oczywiście, pojedynek obciążają żenujące dialogi, ale przynajmniej tutaj bohaterowie mają o czym rozmawiać – ba, w ogóle mają powód, żeby rozmawiać.

ahsoka-vs-darth-vader-star-wars-rebelsPrzejdźmy płynnie do seriali animowanych – “Clone Wars” i “Rebels”. Nie będę o nich wiele pisał, bo w sumie nie bardzo jest o czym. Z jednej strony kontynuują prequelowy trend eksponowania mieczy świetlnych przy byle okazji. Pokazują niezliczone i nieodróżnialne starcia z droidami i szturmowcami, a do tego bohaterowie pojedynkują się z kimś co drugi odcinek, jeśli nie częściej. Czy to regularne, cotygodniowe starcia z Dooku lub Grievousem w “Clone Wars”, czy to powtarzające się potyczki z Inkwizytorami w “Rebels” – walki na miecze świetlne są w tych serialach rutyną. Czasami dobrze zrealizowaną, ale rutyną.

Z drugiej strony – to seriale. Mają więc tę przewagę, że na przestrzeni wielu odcinków mogą prezentować zarówno bohaterów, jak i ich przeciwników. Mają czas, by pokazać, jak te postaci się zmieniają, a także jak ewoluują ich wzajemne relacje. (Co nie znaczy, że w filmach w ogóle nie ma na to czasu, tylko Lucas w prequelach nawet nie próbował tego zrobić.)

Ostatecznie o serialach mogę napisać tyle: za dużo walczą tam na miecze świetlne, koszmarnie trywializując ten aspekt “Gwiezdnych wojen” (o ile da się go strywializować bardziej, niż zdążył to zrobić Lucas). Byłem więc ogromnie zaskoczony, gdy obejrzałem finał drugiego sezonu “Rebels”, gdzie dochodzi do spotkania i walki pomiędzy Vaderem a Ahsoką Tano – uczennicą Anakina, którą dopisano mu w serialu “Clone Wars”. Mamy tam wysokie stawki, mamy postaci, które znają się od kilkunastu lat, są ze sobą blisko powiązane – i nie jest to coś, o czym zostajemy poinformowani, to jest główny temat całego pięciosezonowego serialu. Którego, swoją drogą, nie widziałem, ale nie miało to znaczenia – konfrontacja byłego mistrza i uczennicy była wystarczająco dobrze napisana, wystarczająco sugestywnie zapowiadana przez cały sezon “Rebels”, żebym to wszystko poczuł.

Podsumowując moje najczęściej powtarzające się narzekania: patrząc na całą gwiezdnowojenną sagę, pojedynki dobrze napisanych postaci, zaangażowanych emocjonalnie w walkę, należą do mniejszości. Ponadto im mniej mieczy świetlnych na ekranie, tym lepiej, bo nie zużywają się w oczach widzów i pozostają czymś specjalnym. Poza tym kiedy ktoś z mieczem bije się z przeciwnikami bez miecza, filmy nie potrafią tego ciekawie pokazać.

Podsumowując krócej: zamienianie miecza świetlnego w młotek, którym Jedi tłucze każdy napotkany problem, jest niefajne. A jak sobie z tym poradził J.J. Abrams?

reylo-gif-by-matthew-daddarios-tumblr-kylo-ren-and-rey-39431560-500-205

Biorąc pod uwagę, co pisałem o oszczędnym korzystaniu z mieczy świetlnych, mam wrażenie, że powinienem skrytykować Kylo Rena. Vader nigdy nie zniżał się do tego, by używać miecza na statystach – OG Vader z oryginalnej trylogii, pomijam tu Zemstę Sithów. Ba, nawet niedorobieni źli z prequeli, jak Maul i Dooku, walczyli tylko z głównymi bohaterami. A tymczasem Ren używa miecza, by wyeliminować Maxa von Sydowa, a potem wyżywa się na Bogu ducha winnych elementach scenografii, gdy tylko coś pójdzie nie po jego myśli.

Ale to działa. Kylo Ren jest słaby – i piszę to jako komplement dla postaci. Nie jest jeszcze w pełni ukształtowanym złym, a to ciekawa odmiana po… praktycznie po wszystkich dotychczasowych filmach.

Poza tym “Przebudzenie Mocy” jest kalką “Nowej nadziei” w większości aspektów, w tym i pod względem wykorzystania miecza świetlnego. Tak jak dla Luke’a, tak i dla Rey miecz jest symbolem świata przygód, walki dobra ze złem i całej reszty. W odróżnieniu od Luke’a, Rey ucieka przed tym przeznaczeniem, zamiast rzucać się na główkę, ale zasada jest ta sama… z jedną różnicą. “Przebudzenie Mocy” zamienia miecz Anakina i Luke’a niemalże w Pierścień Saurona, przywołujący do siebie Rey. To dziwna scena, ale jeśli po prequelach brakowało mi mistyki w “Gwiezdnych wojnach” no to proszę – dostałem mistykę i to taką, której się nie spodziewałem.

Ponadto “Przebudzenie Mocy” jest oszczędne w korzystaniu z miecza świetlnego. Może nie na poziomie oryginalnej trylogii – jakby to wszystko policzyć, okazuje się, że uruchomione miecze świetlne pojawiają się… niech policzę… bodajże w ośmiu scenach. (Kylo Ren eliminujący Maxa von Sydowa, niszczący scenografię x2, łapiący Rey, w wizji Rey, Finn walczący ze szturmowcem, Kylo Ren eliminujący Hana Solo, finałowy pojedynek). To więcej, niż w każdym epizodzie oryginalnej trylogii, ale to wciąż niewiele w porónaniu z prequelami.

Przejdźmy do pojedynku. Mamy trójkę pierwszoplanowych postaci, wszystkie znamy od początku filmu. Wszystkie zdążyły się już spotkać i zasadniczo wiemy, co o sobie myślą i czemu – choć nie oszukujmy się, relacja Kylo Rena z Finnem jest ledwo zarysowana. Mają też odpowiednie motywacje – Kylo chce dorwać Rey, która zdążyła go poniżyć. Rey polubiła Hana, którego dopiero co usiekł Kylo. Kylo chce też usiec Finna bo to zdrajca, ale to akurat nie wybrzmiewa odpowiednio, bo ci dwaj ledwo się znają. Natomiast Finn walczy w obronie Rey i to działa. Zresztą chwilę później Rey będzie walczyć w obronie Finna. W ogóle w “Przebudzeniu Mocy” zagrał pojedynek na trzy osoby, w którym ci dobrzy bronią się nawzajem – czyli schemat, który nominalnie mamy w finale “Ataku klonów”, tylko tam nie było w tym żadnych emocji.

Więc lubię “Przebudzenie Mocy”. Pod względem wykorzystania mieczy świetlnych, rozpisania finałowego pojedynku, prezentowania Jedi i ich przeciwników – wszystko mi się podoba. Poza tym, że Rey wygrywa swoją walkę. I nie, nie chodzi mi o maglowanie tematu “jakim cudem Finn co nie zna Mocy mógł walczyć z Kylo Renem, jakim cudem Rey co nie ma treningu mogła z nim wygrać”. Film dokładnie pokazuje, jak – Kylo zaczyna walkę ranny po postrzale z absurdalnej broni Chewbacci, która rozrzucała statystów po kątach. Kylo bawi się z Finnem – dopóki Finnowi nie udaje się go zranić. Wtedy szybko kończy walkę – ale jest już podwójnie ranny, gdy atakuje go Rey. Przegrywa wiarygodnie i nie mam z tym problemu, jeśli o logikę starcia chodzi.

 

yodaWróćmy do oryginalnej trylogii. Nie chcę wchodzić w kwestie nauk Jedi. Dość powiedzieć, że zafascynowany wschodnimi filozofiami Lucas wrzucił do filmów garść przypadkowych komunałów o tym, że niektóre emocje są złe, a wszelka agresja ogólnie naganna. Użyłem słowa “komunały”, bo prequele dobitnie pokazały, że Lucas nie podchodził do tego tematu poważnie. Ale czy to zbiegiem okoliczności, czy to dzięki iskrze geniuszu, która przygasła z czasem, czy to dzięki otaczającym go wtedy współpracownikom – w oryginalnej trylogii te komunały pokrywały się z ekranowymi działaniami Jedi.

Spójrzmy na trzy kluczowe sceny – trzy pojedynki z tamtych filmów. Obi-Wan nie dąży do starcia z Vaderem, ale przyłapany, nie ma wyboru. Poświęca się – pozwala się zabić – by chronić Luke’a. W “Imperium kontratakuje” Luke niby nie dąży do starcia z Vaderem, ale kiedy już stoją twarzą w twarz, ochoczo rzuca się do walki – i przegrywa. Pokonany, decyduje się na nie-do-końca-samobójczy skok. W “Powrocie Jedi” naprawdę nie dąży do starcia z Vaderem, więcej, nawet w trakcie walki co chwila próbuje ją przerwać. W finale daje się ponieść i pokonuje Vadera – ale jak już pisałem, zwycięstwo nad Imperatorem odnosi dopiero odrzucając broń i odmawiając dalszej walki.

Innymi słowy: w oryginalnej trylogii Jedi nie odnoszą “agresywnych” zwycięstw – Obi-Wan się poświęca, Luke najpierw przegrywa, a rewanż wygrywa wyrzekając się walki. Na tym tle pojedynek z “Przebudzenia Mocy”, który Rey po prostu wygrywa, nie jest interesujący. O prequelach nawet nie będę wspominał.

W oryginalnej trylogii jest jeszcze jeden element, który kompletnie się zatracił w dalszych filmach i serialach, o starym Expanded Universe nie wspominając. Yoda i Imperator nie mają mieczy. Implikacja zawsze wydawała mi się jasna – nie mają ich, bo ich nie potrzebują. Bo osiągnęli poziom wtajemniczenia, na którym miecz staje się niepotrzebny. To zresztą może nie być kwestia zdobytych umiejętności, a samego nastawienia. Yoda mówi Luke’owi “nie potrzebujesz broni”. Może mówi to tylko a propos jaskini, do której ma wejść Luke – a może nie. W końcu w innej scenie mówi, że “Moc to potężny sprzymierzeniec”. Coś podobnego zresztą mówi Vader w “Nowej nadziei”, stwierdzając, że Gwiazda Śmierci – cud technologii – nie może się z Mocą równać. A czy miecz świetlny nie jest po prostu innym cudem technologii, w ostatecznym rozliczeniu – równie nieistotnym?

Zdaję sobie sprawę, że zaczynam odchodzić dość daleko od analizowania i interpretowania filmu w stronę jakiejś własnej wizji. Ale jest to wizja, którą oryginalna tryloga zdawała się sugerować. Wizja Jedi, którzy sięgają po miecze świetlne tylko w razie najwyższej konieczności, praktycznie tylko wtedy, gdy mają przed sobą przeciwnika, który również walczy mieczem świetlnym. A w każdej innej sytuacji wystarcza im Moc. Jedi, którzy unikają walki, gdy tylko mogą, czy to skradając się i mamiąc nieprzyjaciół, jak Obi-Wan, czy to przekonując ich, że nie muszą walczyć, jak Luke. Bo jeśli – w skrócie – agresywna walka jest zła, to właśnie tak powinni działać rycerze Jasnej Strony. I nigdzie, poza oryginalną trylogią, tak nie działali.

W tym tygodniu premiera “Łotra Jeden”. Normalnie pisząc taki tekst próbowałbym na koniec podczepić go pod nowy film, zastanawiać się, jak wnioski płynące z tekstu mogą się do niego odnosić i tak dalej. Ale w “Łotrze Jeden” ma nie być Jedi. I dobrze – odpocznijmy od nich. Ma tam być Vader. Mam nadzieję, że udusi parę osób, ale po miecz nie sięgnie. Będę wniebowzięty, jeśli przez cały film nie zobaczymy świecącego ostrza.

Tags: , , , , ,

  • Elka

    Mnie by jakaś walka na miecze świetlne nie przeszkadzała. Wydawałoby się, że po coś Donniego zatrudnili. Okazuje się, że nie po to. A może?…
    Jutro idę do kina, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, obejrzę film bezspojlerowo i w pierwszej fali, czy bez świadomości czy “jest dobrze/źle”, zdaniem internetów.
    Ale niestety oczekiwania mam olbrzymie.

    • All

      Ja pójdę za tydzień i tez zobacze bezspoilerowo. Przecież nie musisz rozmawiać na temat filmu i czytać co ci sieć pod nos podstawi, zresztą ludzie będą się ograniczać w spoilerach jeszcze przez kilka dni.
      Oczekiwania. Ależ mi się chce śmiać z ludzi którzy sami siebie nakręcają wkręceni przez maszynę marketingową a później płaczą w sieci – oddajcie mi za bilet! Stracone 2h życia! Przecież idziesz dobrowolnie jeden z drugim, nikt cię nie zmuszał. Jakże mi przykro że oczekiwania vs rzeczywistość nie idą w parze. W takim razie poczekaj kilka dni poczytaj recenzje i zdecyduj czy iść. Po kiego lecisz na premierę i jeszcze dobrze nie wstaniesz z fotela po seansie a już smażysz soczystego tweeta: Co za #gunwo. Disney ty #!@#$%!

      Zawsze mam z tego ubaw bo tak bardzo bać się odpowiedzialności za decyzje o kupieniu biletu na produkcję na którą nie miało się żadnego wpływu… Więcej rozwagi w dzisiejszym świecie życzę.
      Spoko tekst mieczach, poczytałbym o technologii i zasadach działania broni w sw, można gdzieś po polsku? A może coś napiszesz?

      • Krzysiek Ceran

        Swego czasu różne firmy-córki Lucasfilmu publikowały różne przewodniki po technologii Gwiezdnych wojen, u nas wydawał to Amber – rzeczy typu “Przewodnik po statkach i pojazdach” czy “Niesamowite przekroje”. Natomiast sam nigdy w tym głęboko nie siedziałem.

        Jeśli chodzi o fanowskie rzeczy, jest polska strona Sluis Van (www.sluisvan.net), której autor opisuje statki, myśliwce i inne tego typu rzeczy.

        No i zawsze jest Wookieepedia – oryginalna co prawda po angielsku, ale były chyba przynajmniej dwie polskie gwiezdnowojenne wikipedie – bodajże Biblioteka Ossus i… nie pamiętam, ale jestem prawie pewien, że było coś jeszcze.

        • all

          Dzięki. Cholera, boję się wkręcać bo utonę na wiele miesięcy ;). Poszukam tylko njważniejsze.

      • Elka

        Ale to wszystko wysnułeś z mojego komentarza? Wow 🙂

        • all

          Pisz więcej bo dostaję wtedy szczególnej weny… yee

  • Mateusz Augustyn

    Mam podobne odczucia. Po pierwszym epizodzie jeszcze myślałem, że do czegoś to wszystko prowadzi i momentem w którym odczułem, że moje uniwersum bezpowrotnie zniknęło był skaczący z malutkim zielonym mieczem mistrz Yoda.