Myszmasz 183 – Admiralette

13 komentarzy

W tym tygodniu tak się skupiliśmy na eksperymentowaniu z czołówką odcinka, że nikt nie upilnował Krzyśka i pozwoliliśmy mu przez 20 minut gadać o Wielkim Admirale Thrawnie. Środek podcastu opanowały gry – od “Just Cause 3” po “Wiedźmina 3”, a końcówkę – nowy Obcy. Na deser Mysz podniosła poziom świadomości kulturowej, nawiązując do dyskusji o czytelnictwie.
Możecie nas także wspierać na Patronite: patronite.pl/myszmasz
Dzięki waszej pomocy nie ma tygodnia bez Myszmasza!

Zapraszamy do słuchania i jak zwykle czekamy na wasze komentarze i uwagi tu na stronie, pod adresem myszmaszpodcast@gmail.com albo na facebooku.

POBIERZ ODCINEK

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

00:01:00 – I am the copyright law! Doniesienia i zapowiedzi
00:15:15 – To defeat an enemy, you must know them. “Thrawn” Timothy’ego Zahna
00:36:10 – Rico Rodriguez robi rozpierduchę. Gra “Just Cause 3”
00:45:05 – Inwencja w skradaniu. Gra “Dishonored 2”
00:55:20 – Dwa miecze i milion cyferek. Gra “Wiedźmin 3: Dziki Gon”
00:59:30 – Hello My Baby, Hello My Honey. Film “Obcy: Przymierze”
01:08:45 – Dyskusja o okładkach, książkach dla chłopców i czytelnictwie

Tags: , , , , , , , , , , ,

  • Łukasz Pilarski

    79:40 – stawiałbym, że nie wiesz i piszę to z perspektywy osoby, która w rynku gier wideo siedzi naście lat i regularnie dowiaduje się, że jakiś gatunek jest martwy, nieistniejący i co tam jeszcze, by po krótkim riserczu znaleźć dziesiątki, jeśli nie setki kontrprzykładów zebranych na przestrzeni iluś lat. Zwróć zresztą uwagę na to, jakie wymieniłaś pozycje – same popularne, mainstreamowe, znane nawet osobom, które tematem się niespecjalnie interesują. Tymczasem obok nich może istnieć sto tysięcy razy tyle innych powieści, o których nie wiemy, bo albo miały za słaby marketing, albo o kilka lat na karku za dużo, albo coś jeszcze innego.

    • Myk w tym, że nie chodzi właśnie o tytuły niszowe, a te większe, te o których jest głośno – te o których nastolatki mówią, które docierają na listy bestsellerów (tak jak np. “13 Reasons Why”), które się ekranizuje. Literatura dziecięca/młodzieżowa sprzed lat też miała mnóstwo pozycji, ale to o dziełach pokroju “Dzieci z Bullerbyn”, przygód Tomka, czy “Ani z Zielonego Wzgórza” mówi się i pamięta najczęściej. Bo były dobre, ale także dlatego, że były popularne.

      Podkreśliłam w odcinku, że prawdopodobnie mam zaburzony obraz zjawiska ponieważ nie jestem młodym chłopcem i nie wpadają mi naturalnie w ręce książki, które mogłyby ich zainteresować. Ale interesuję się YA i staram się wiedzieć, co w trawie piszczy. I jeśli autorzy książek sami bywają zaniepokojeni czytelnictwem wśród chłopców (którzy są społecznie warunkowani do ignorowania literatury młodzieżowej pisanej przez kobietę, lub z bohaterką w roli głównej) to mnie to też martwi. Bo dobra literatura nie kończy się na tej, którą napisał facet, lub której bohater jest chłopcem. Przy czym niby badania wskazują, że wśród książek dla dzieci nie ma co narzekać, bo większość i tak jest męska, zarówno pod względem bohaterów jak i autorów (https://www.eurekalert.org/pub_releases/2011-05/sfwi-iaj050311.php), ale to są badania sprzed prawie 20 lat. A rynek wydawniczy zmienia się bardzo szybko.

      Zdaję sobie sprawę, że mamy wielu autorów piszących książki dla dzieci lub YA z męskimi bohaterami (choć nie tylko): John Green, David Levithan, Cory Doctorow, nawet Dashner ze swoim nieszczęsnym “Wieźniem Labiryntu” czy ukochany przeze mnie Ernest Cline z “Ready Player One”, Jeff Kinney (Diary of a Wimpy Kid), książki dla dzieci Davida Walliamsa, Rick Riordan i cała jego mitologiczno-przygodowa seria, Christopher Paolini swego czasu… długo by wymieniać.

      Podejrzewam, że mój skrzywiony punkt widzenia, który widzi zalew głównie dziewczęcego YA (w rozumieniu zarówno autorek jak i bohaterek, czy nawet targetu) bierze się stąd, że rynek wydawniczy po latach niedopuszczania kobiet do pisania książek/występowania w nich teraz robi “course correction” aż do przesady w drugą stronę. Przy czym warto pamiętać, że akurat literatura dziecięca zawsze pozwalała kobietom na nieco więcej niż inne gatunki – to jedyny, w którym swego czasu mogły publikować pod własnym nazwiskiem i nie musiały się ukrywać za męskimi pseudonimami.

      Więc może nie jest z tą literaturą jeszcze tak tragicznie. W sumie najbardziej mnie martwi aspekt społeczny – że chłopcy nie czytają dobrego YA ze względu na obawy o dziewczynskość (https://litreactor.com/columns/the-lost-boys-of-ya-are-young-men-reading-less).

      I nad tą kwestią głównie chciałam się w podcaście zastanowić. Być może wyszło mi bardziej zagmatwanie niż zamierzałam 🙂

      • Łukasz Pilarski

        No właśnie chyba nie jest, skoro w trzecim akapicie wymieniłaś całkiem sporo poczytnych autorów i jeszcze na końcu dodałaś “długo by wymieniać”. Skoro długo wymieniać, to może problemem nie jest ilość towaru na półkach (tego w każdej gałęzi (pop)kultury będzie sporo, o ile ludziom zechce się rozejrzeć i nie patrzeć tylko na słupki popularności), tylko sposób jego dystrybuowania? Bo to, że teraz wydaje się więcej YA dla dziewuch może być równie dobrze efektem działań marketingowych, sprawiających wrażenie, ze nastąpiło przegięcie w drugą stronę. To przecież dokładnie jak z paranormal romance. Twilight nie wymyślił gatunku, a jedynie spopularyzować ten istniejący już od dłuższego czasu. Sam na półce miałem pozycję z jakiejś superpopularnej serii wydawanej na długo przed Zmierzchem, której tytuł nic mi nie mówił, a reklamowana była wysoką pozycją na liście bestsellerów New York Times i setkami tysięcy sprzedanych kopii.

        Stąd spekuluję, że winien jest jednak marketing, który zauważył, że Igrzyska Śmierci i Twilight się sprzedają i postanowił wpompować w tamten sektor więcej kasy, skąd też wrażenie przesytu YA dla dziewuch. Bo co z mniej popularnymi pozycjami, które nie dostają ekranizacji? Albo są na listach bestsellerów, ale nisko? Albo tuż pod nimi? Dlaczego mają się nie liczyć? Bo nie trafiają na pierwsze strony gazet, przez co przeciętny Kowalski się o nich nie dowie? A co, jeśli i tak są chętnie czytane, tylko nie na tyle, by prasa się nimi zainteresowała? Dlaczego mamy je z tego powodu ignorować? Harlequiny też nie są tematem wielu artykułów. Czy to znaczy, że się nie sprzedają?

        Po prostu wychodzę z założenia, że jako ludzie obserwujący absurdalnie duży rynek (nie mogę znaleźć źródła, ale czytałem o kilkudziesięciu tysiącach nowych pozycji rocznie i to tylko w USA) nie jesteśmy w stanie dojrzeć jego pełnej sytuacji, stąd wyciągamy bardzo ogólne wnioski na podstawie paru artykułów i dowodów anegdotycznych, które to wnioski mogą mieć z rzeczywistością bardzo mało wspólnego. Stąd też podejrzewam, że tylko nam się wydaje, że z tymi książkami dla młodych chłopców jest źle, ponieważ wydawcy postanowili promować coś innego, a przeciętnemu Kowalskiemu nie chce szukać się dalej, niż poza półki lokalnego Empiku (nie znam odpowiednika w US and A). Skoro na innych rynkach tak jest, to i na tym jest to prawdopodobne.

  • RaINqer

    Słuchałem z ciekawością wypowiedzi o książkach fantasy dla dziewczyn. Jednak nie jestem w stanie się z nią zgodzić. Uważam że książki fantasy dla dziewczyn nie tyle wypierają książki dla chłopaków, co zwyczajnie są rzeczą relatywnie nową i okazało się że cieszą się dużym zainteresowaniem. Dlatego jest ich coraz więcej ale nie odczuwam żeby “wypierały” książki i dla chłopaków. A fakt że nie za bardzo jesteśmy w stanie wymienić wiele nowych tytułów fantasy dla chłopaków i wymieniamy głównie stare, wynika raczej z tego że wśród fantastyki jest bardzo dużo bardzo słabych tytułów i odszukać wśród nich książkę która nam się naprawdę spodoba to zawsze wyzwanie. Niemniej fantastyka, dla wielu z nas, zawsze będzie gatunkiem, o którym będziemy mówić z błyskiem w oku i zawsze znajdziemy swoją nową ulubioną książkę.

    • Jak wspomniałam w odpowiedzi do Łukasza (wyżej? niżej?), sądzę, że rzeczywiście teraz jesteśmy świadkami swoistego zachłyśnięcia się książkami “dla dziewczyn” (nie przepadam za tym określeniem, ponieważ właśnie takiego sztucznego podziału chciałabym w literaturze dziecięcej/młodzieżowej uniknąć–i o tym m.in. mówiłam w odcinku).
      Zaś w kwestii braku dobrych tytułów, chwila zastanowienia (której niestety zabrakło w odcinku) pozwoliła wymienić całkiem sporo dobrych autorów literatury, po którą mogę obecnie sięgnąć chłopcy. Podejrzewam więc, że my wymieniamy główne starsze pozycje wynika z naszego sentymentu i tego, jakie wrażenie na nas wówczas wywarły (choć, nie powiem, sama do swoich ulubionych książek ostatnich lat zaliczam “Ready Player One” Ernesta Cline’a). Sądzę, że dzisiejsza młodzież może za kilkanaście lat wymieniać z rzewnym westchnieniem Johna Greena czy Cory’ego Doctorowa tam gdzie my wymieniamy Edmunda Niziurskiego i Jacka Londona 😉

  • Paweł Pawlak

    Jeśli się zastanawiacie, kto bardziej olewa Mitologię Arturiańską, to bez dwóch zdań wygranym jest Michael Bay i 5 część Transformers 😀 Nawet jeśli film jeszcze nie zadebiutował to definitywnie wygrywa w kategorii najgorszego wykorzystania motywów i wątków z Legend Arturiańskich xD

    • Paweł Pawlak

      Jeszcze w sprawie “pasowania” do siebie źródeł z nowego kanonu, to mam jedno, ale bardzo poważne zastrzeżenie: Najlepsza książka, za jaką uważam “Lost Stars”, niestety zasadniczo kłóci się z najlepszym filmem gwiezdnego kanonu, czyli “Rogue One”. Obie pozycje są fantastyczne i sprawiły mi masę radości i przyjemności, ale niestety jak je przystawić obok siebie to już następuje spory zgrzyt. To nie jedyne rozbieżności, ale je można dość łatwo ze sobą pogodzić, zatem nie przypisuję im większej wagi.

      • Krzysiek Ceran

        “Lost Stars” jeszcze przede mną, ale to zdecydowanie będzie kolejna gwiezdnowojenna rzecz, po którą sięgnę. (Również dlatego, że jakoś pozostałe pozycje nie budzą mojego zainteresowania… No chyba, że ta książka o Leii – “Bloodline”?)

        • Powieści o Lei czytałam tylko darmowy fragment na Amazonie, ale bardzo mi się podobało. W odróżnieniu od Tarkina, którego zupełnie nie mam ochoty czytać pełnej wersji

          • Krzysiek Ceran

            Tak, cóż, Tarkin był okrutnie słaby.

          • Paweł Pawlak

            Z pozostałych pozycji Nowego Kanonu mnie osobiście jeszcze “Nowy Świt” i “Kampania Zmierzch” bardzo pozytywnie zaskoczyły. Wiem, że obie mają różne opinie, ale jak dla mnie to czołówka obecnych powieść Star Wars, a mam przeczytane wszystkie jakie wyszły po polsku 🙂 Mogę do nich jeszcze zaliczyć “Mrocznego Ucznia”, to też naprawdę fajna lektura.

            A “Lost Stars” i “Bloodline” to ta sama autorka która ma chyba szansę pod względem jakości swoich dzieł na głowę pokonać Zahna 😀

  • Zgłaszam obywatelskie zdziwienie końcowym nawoływaniem do subskrybowanie kanału na YouTube, podczas gdy nowego odcinka tam nie ma.

    • Zaprotokołowano. Stanowisko partii brzmi: A bo, jakoś nie miałem czasu, żeby się za to zabrać od poniedziałku.