Powrót do odległej galaktyki: Epizod I

13 komentarzy

sw

Do premiery Przebudzenia Mocy został miesiąc. Od dawna nie widziałem poprzednich epizodów Gwiezdnych wojen – minęło ponad 5 lat, odkąd widziałem którekolwiek poza Imperium kontratakuje. Te akurat obejrzałem jakieś 2-3 lata temu w kinie Iluzjon. Teraz, częściowo po to, by móc rzetelnie ocenić Przebudzenie Mocy, częściowo zainspirowany tym artykułem z io9, postanowiłem przypomnieć sobie poprzednich sześć filmów.

Wątpię, bym mógł dodać jakieś przełomowe spostrzeżenia, które umknęły wszystkim innym osobom piszącym o Gwiezdnych wojnach przez ostatnich 38 lat, ale, hej, kto wie?

Właśnie obejrzałem Gwiezdne wojny: Epizod I: Mroczne widmo. I wiecie co?

star-wars-episode-1-poster

Ten film nie jest tak zły, jak go zapamiętałem. Żadną miarą nie jest dobry, ale miejscami ogląda się go przyjemnie. Taki, powiedzmy, wyjątkowo przeciętny średniak z paroma momentami wskazującymi na to, że mógł być czymś dużo lepszym.

Zaczyna się w miarę nieźle. Co prawda nie wiadomo, o co chodzi – podatki, blokada, Federacja Handlowa chce coś wymusić na planecie Naboo, podpisanie umowy, ale jakiej? Chodzi o pieniądze, ale czemu? Cholera wie – po chwili nie ma to już zresztą znaczenia. Jedi przybywają, zostają zaatakowani, Federacja Handlowa pracuje z zakapturzonym złoczyńcą, Jedi uciekają, odkrywają przygotowania do inwazji. Nie wiadomo, o co chodzi, paradoksalnie po paru minutach wiem więcej o Neimoidianach z Federacji Handlowej i ich relacji z Sidiousem, niż o Qui-Gonie i Obi-Wanie – ale przynajmniej tempo jest wartkie.

Niestety, tutaj już pojawia się problem, który będzie potem dręczył mnie przez prawie cały film: droidy bojowe nie są żadnymi przeciwnikami, a sceny rąbania ich mieczami przez Jedi wyglądają kiepsko. Na pocieszenie mam turlające się droideki/droidy niszczyciele, które mają ciekawy design, zmuszają Jedi do ucieczki, są dla nich wiarygodnymi przeciwnikami, a co najlepsze – milczą. Nie mają żadnych pseudokomediowych kwestii, które zepsułyby efekt.

W 11 minucie filmu pojawia się Jar Jar Binks. Jedno muszę przyznać – po 16 latach wciąż wygląda nieźle. Biorąc pod uwagę, jak źle zestarzały się inne wygenerowane komputerowo stwory przewijające się przez ekran, to naprawdę spore osiągnięcie. Zresztą zaraz można to sobie porównać, bo po krótkiej wizycie w podwodnym mieście Gungan (którego panorama robi niezłe wrażenie, a w którym widzimy może dwa wnętrza – szczerze, chciałbym zobaczyć więcej) Jedi i Jar Jar płyną bongo, napotykając cztery potwory morskie. Żaden po latach nie wygląda dobrze. Najgorzej wypada chyba drugi z kolei.Wszystkie są w tym filmie potrzebne,  jak dziura w moście.

Sabeandpadmeaccentsgalore

Kolejna rzecz, która wciąż wypada nieźle, to trik z Natalie Portman i Keirą Knightley. Zabawa w “zgadnij czy to królowa, czy służka udająca królową” potrafi zapewnić nieco rozrywki, a także odwraca uwagę od dialogów i koszmarnie płaskiego tonu, z jakim Portman i/lub Knightley wypowiadają swoje królewskie kwestie.

Jedi odbijają królową i przebijają się przez blokadę na orbicie. Widzimy tutaj, że zarówno Neimoidianie, jak i Qui-Gon, zwracają się do pojedynczych droidów bojowych, wydając im rozkazy lub próbując zmylić. Ba, jeden droid wydaje nawet rozkazy innemu. To będzie problemem później, gdy okaże się, że istnieje jakiś statek kontrolny, którego zniszczenie unieruchamia droidy – droidy, które ewidentnie funkcjonują tutaj autonomicznie.

Pół godziny po rozpoczęciu filmu bohaterowie lądują na Tatooine, a Obi-Wan zostaje odstawiony na bok na kolejnych 50 minut. Ewan McGregor jest jedną z zalet prequeli, więc usunięcie go poza kadr na 1/3 filmu jest dość bolesne. A mimo to, ta część filmu może być najbardziej udaną. Tak, mały Anakin jest nieco drażniący, gorzej – jest niewiarygodny. Roześmiany urwis-niewolnik, znakomity inżynier co to i droida zbuduje, i śmigacz skleci (ze złomu? Po wyścigu Qui-Gon sprzedaje maszynę, i najwyraźniej jest ona sporo warta), a jego właściciel nic o tym nie wie, choć pojazd stoi na podwórku. Ale lubię jego matkę. To nieskomplikowana, dobrze zagrana postać (może właśnie dzięki temu, że nieskomplikowana – Lucas jest beznadziejnym reżyserem i kiedy aktorzy mają do zagrania coś, gdzie stosunek postaci do sytuacji nie jest tak oczywisty, jak “matka troszczy się o syna”, ewidentnie nie wiedzą, jak ugryźć scenę). Lubię też Watto i Sebulbę – równie nieskomplikowanych, pomniejszych łotrów, wystarczająco charakternych, by przyjemnie się ich oglądało. Więcej, to również w części rozgrywającej się na Tatooine odkrywam, że sceny z Jar Jarem potrafią być zabawne – kiedy jest w tle, kiedy jego idiotyczne działania są poza kadrem, kiedy Qui-Gon i inni reagują na nie z irytacją, a nie niewiarygodnym rozbawieniem. Taki Jar Jar jest źródłem w miarę udanego humoru – niestety, zbyt często jest na pierwszym planie, co kompletnie się nie sprawdza.

Na dodatek ta część filmu ma wyścig podów (czy podracerów, jak kto woli) – dobrze zmontowany, dobrze zrealizowany, trzymający w napięciu, fajnie podkreślony brakiem muzyki przez pierwsze 2 okrążenia. Poza tym pody jak żadne inne pojazdy z prequeli pasują do estetyki oryginalnej trylogii – są zużyte, poobijane, z różnymi dziwnymi kablami na wierzchu. A jakby podów było mało, chwilę później dostajemy jeszcze króciutkie starcie Dartha Maula z Qui-Gonem. Sama dobroć (…jak już przymkniemy oko na Jar Jara, Anakina i C-3PO; i tak, prequelowy C-3PO jest równie irytujący, co Jar Jar – przynajmniej w tym filmie, zobaczymy, jak będzie później.)

Podrace

W 80 minucie filmu docieramy na Coruscant. I teraz niespodzianka – sesje Senatu, dylematy Amidali, spotkania Rady Jedi, przesłuchanie Anakina – wszystko, od przylotu na planetę do odlotu, trwa tylko kwadrans. Tylko kwadrans! A dłuży się, jakby trwało co najmniej dwa razy tyle. To bardzo przykre, tym bardziej, że machinacje Palpatine’a są jednym z potencjalnie najciekawszych wątków prequeli. Niestety, potencjalnie ciekawe elementy tego wątku zostają zepchnięte poza kadr, a na ekranie zostaje głównie sucha ekspozycja. Albo, gorzej nawet – pewne elementy w ogóle nie zostają wykorzystane. Federacja Handlowa – spółka, gildia, korporacja, firma, czymkolwiek oni tak naprawdę są – ma swoich senatorów. Nie “przekupionych senatorów” – Federacja Handlowa ma swoją oficjalną reprezentację w Senacie Republiki! To jest coś, czego film praktycznie nie zauważa – a przecież to mówi więcej o fatalnym stanie galaktycznej demokracji, niż wszystkie wypowiadane na głos kwestie o biurokratach i korupcji.

Rada Jedi jest położona jeszcze bardziej. Zresztą – Rady w ogóle mogłoby nie być, bo tylko Mace Windu i Yoda są przynajmniej częściowo zarysowanymi postaciami. Z całej reszty jeszcze tylko Ki-Adi Mundi dostaje kwestię albo dwie. Tu z kolei zaprzepaszczono okazję, by nieco wyraźniej przedstawić charakter Qui-Gona. Jego konflikty z Radą, to, że ma w zwyczaju działać wbrew przepisom Zakonu Jedi – to jest fajny motyw, to jest coś, co czyni Qui-Gona potencjalnie najciekawszą postacią na ekranie. Ale to film George’a Lucasa, więc nie dane jest nam to zobaczyć. Zamiast tego dowiadujemy się o tym, bo Obi-Wan mówi to widowni (choć zwraca się do Qui-Gona).

Jeszcze trzy krótkie uwagi i przejdziemy do następnej części filmu. Po pierwsze, midichloriany. Nie muszę pisać nic więcej. Nawet Lucas wiedział, jakie to głupie – jeśli dobrze kojarzę, w kolejnych dwóch filmach to słowo pada tylko raz. Po drugie, panoramiczne ujęcia pokazujące Coruscant koszmarnie się zestarzały – chyba jeszcze gorzej, niż zielone wzgórza Naboo. Po trzecie, po raz pierwszy oglądałem Mroczne widmo w wersji BluRay 2011, a więc zostałem uszczęśliwiony komputerowo wygenerowanym Yodą, który zastąpił oryginalną kukiełkę. Żeby pasowało do pozostałych prequeli. Problem w tym, że kukiełka była bardziej ekspresywna. Zresztą zobaczcie sami:

Po piętnastu okrutnie dłużących się minutach wracamy na Naboo, wychodzi Knightley z worka, a Padmé Portman Amidala klęka przed wodzem Gungan, by uzyskać jego pomoc. To całkiem fajna scena. Chwilę później zaczyna się bardzo nierówny finał. Do pozytywów należy oczywiście walka Qui-Gona i Obi-Wana z Maulem, samo strzelanie się z droidami po pałacowych korytarzach też wypada nieźle. Podobają mi się również elementy technologii Gungan – może nie proce i katapulty, ale już generatory pola siłowego noszone przez ogromne zwierzęta wypadają świetnie. Przynajmniej pod względem designu, bo jeśli chodzi o rezultat, to bitwa Gungan z droidami w ogóle nie zestarzała się dobrze – cała była malowana w komputerze, i cała wygląda kiepsko. Wracając na moment do pojedynku na miecze – wygląda świetnie, jest pokazany w długich ujęciach, dzięki czemu można się przyjrzeć choreografii, aktorzy demonstrują długie, przećwiczone układy. To wszystko mi się bardzo podoba. Niestety, ponieważ Maul praktycznie nie jest postacią, jest po prostu zagrożeniem – nie ma w tym starciu żadnych emocji. Dopiero na samym końcu, gdy Maul zabija Qui-Gona, Obi-Wan dostaje jakąś motywację.

Nie będę się skupiał na wszystkich detalach, takich jak to, ile jest Jar Jara w tym finale, ani na roli przypadku we wszystkich dokonaniach Anakina – nie, ten finał ma dużo poważniejszy problem. Rozbicie go na cztery wątki – pojedynek na miecze świetlne, strzelaninę w pałacu, bitwę na polach Naboo i starcie na orbicie – kompletnie rozwala dynamikę każdego starcia, a w rezultacie – napięcie całej sekwencji. I choć najchętniej wywaliłbym bitwę, bo to tam Jar Jar jarjaruje, to obiektywnie najbardziej niepotrzebna jest część na orbicie. Tak naprawdę to nie bitwa – właściwie nie widzimy, co robią piloci Naboo, dostajemy tylko kilka szybkich ujęć, za mało, by załapać, co tam się dzieje, jak im idzie, czy jakie mają szanse na zwycięstwo. To wszystko służy tylko za tło przypadkowym działaniom Anakina, przypadkiem rozwalającego statek Federacji. Niestety, to nie wypada dobrze – bo za wszystkim stoi przypadek, a sama scena nie przekazuje żadnych nowych informacji o Anakinie. Jest świetnym pilotem? To już wiemy, widzieliśmy wyścg podów. Więcej, o wygranej w wyścigu zadecydowały jego umiejętności. W bitwie Anakin niczego nie zawdzięcza sobie, wszystko przytrafia mu się przypadkiem, i wypada to wyjątkowo słabo. Na dobrą sprawę Anakin ma mniejszy wpływ na wydarzenia, niż Jar Jar.

A potem statek kontrolny eksploduje, i armia droidów wysiada, i to nie ma sensu w obliczu tego, jak dotąd pokazywano droidy – już o tym zresztą pisałem. Podobny błąd logiczny pojawia się w pojedynku z Maulem – na początku filmu Jedi dysponują nadludzką prędkością, gdy uciekają przed droidekami, ale oddzielony od swojego mistrza Obi-Wan nie stosuje owej nadludzkiej prędkości, by dołączyć do walki z Maulem. Ot, brak konsekwencji. Jakby ten film nie miał już dostatecznie wielu innych problemów.

Darth_Maul_lightsaber_reveal

I jeszcze sposób, w jaki Obi-Wan pokonuje Maula, czy raczej – to, jak Maul zostaje koszmarnie ogłupiony przez scenariusz. Wcześniej miał takie kocie ruchy, a jak przychodzi co do czego – nawet nie unosi miecza, gdy Obi-Wan wywija nad nim fikołki. A przecież, zgodnie z logiką Zemsty Sithów, wyższy teren to przewaga nie do obejścia, i Obi-Wan poszatkuje Anakina, gdy ten będzie próbował zrobić to samo, co on tutaj. Bzdury.

I to już właściwie koniec. Jeszcze tylko montaż krótkich scen – a to Amidala tryumfuje nad Neimoidianami, a to Obi-Wan rozmawia z Yodą, a to Qui-Gona spalą, a to na paradę pójdą… Na marginesie, przejście od kremacji Qui-Gona do parady jest koszmarnie rażące. I to już koniec.

Co jeszcze można powiedzieć? John Williams dał radę. Może wspomina się głównie Duel of the Fates, ale jest tu wiele innych co najmniej równie udanych, choć może nie tak łatwych do zanucenia utworów.

Anakin jest… znośny. A problemy to przede wszystkim kwestia scenariusza i reżyserii, nie Jake’a Lloyda.

Ale przede wszystkim, oglądając teraz film zastanawiałem się nad kwestią poruszoną bodajże w What If Star Wars Episode One Was Good Belated Media, to znaczy – zadałem sobie pytanie: kto jest głównym bohaterem tego filmu? W oryginalnej trylogii to dość proste – w epizodach IV i VI jest to Luke, w Imperium kontratakuje – Luke, Leia i Han są równie istotni. W Ataku klonów i Zemście Sithów Anakin i Obi-Wan są właściwie równorzędnymi głównymi bohaterami.

Ale w Mrocznym widmie? Technicznie rzecz biorąc powinien to być Anakin, bo cała trylogia jest o nim, ale Anakin pojawia się dopiero w drugim akcie filmu, a na dodatek nie przechodzi w tej części żadnego rozwoju. Jak pisałem wyżej, wyścig podów jest większym wyzwaniem niż to, czego dokonuje w finale, więc nie ma tu żadnej eskalacji. Obi-Wan odpada, bo, po pierwsze, przez cały środkowy akt filmu go nie ma, po drugie przez cały film wchodzi w interakcje praktycznie tylko z Qui-Gonem, a po trzecie choć technicznie rzecz biorąc rozwija się – film przedstawia jego ostatnie dni jako adepta, moment, gdy awansuje na rycerza Jedi – tak naprawdę jest to przemiana, o której informują nas dialogi, a nie autentyczne wydarzenia w filmie. Więc może Qui-Gon? Jako jedyny wchodzi w relacje z wszystkimi innymi bohaterami (poza Palpatinem), jest też obecny na ekranie we wszystkich aktach filmu. Tyle tylko, że zupełnie się nie rozwija, nie przechodzi żadnej przemiany.

padme

I tak dochodzimy do Padmé Naberrie Amidali, która jest najbliżej tego, by spełnić wymogi – jest we wszystkich aktach, wchodzi w relacje z większością pozostałych postaci… Problem jest z przemianą. Wydaje mi się, że ugięcie kolan przed Gunganem, ukorzenie się przed sąsiadami i poproszenie o pomoc powinno być przełomowym momentem dla Amidali – tyle tylko, że film wcześniej nie mówi nic o stosunku ludzi zamieszkujących Naboo do Gungan. Nic a nic. Trudno więc mówić o przemianie, jeśli nie bardzo wiadomo, jaka Padmé była wcześniej. Mimo to – Padmé podejmuje decyzję o powrocie na Naboo, staje w obronie swoich ludzi, ogólnie – działa z własnej inicjatywy, kształtuje wydarzenia, zamiast bezwolnie dryfować z nurtem. Tyle tylko, że w ciągu całego filmu robi to dwa razy – trochę mało jak na główną bohaterkę.

Wniosek? Padmé jest najbliżej, ale Mroczne widmo praktycznie nie ma głównego bohatera. Nie ma również bohatera zbiorowego, Ensemble Cast, ma po prostu bardzo kiepsko zarysowane postaci.

Gdyby jeszcze raz przepisać scenariusz. Nie zmieniać go bardzo – ot, rozszerzyć niektóre wątki, nieco przyciąć inne, wyraźniej skupić fabułę na kimś konkretnym… To mógłby być bardzo dobry film. Jest koszmarnie przeciętny z przebłyskami.

Następny w kolejce – Atak klonów. Będzie lepiej?

PS Dla hipotetycznego widza, który nie wie nic o Gwiezdnych wojnach, i postanowi zacząć je oglądać zgodnie z numeracją, od Mrocznego widma, fabuła filmu może być całkowicie niezrozumiała. Konflikt Federacji Handlowej z Naboo – już i tak wyjątkowo kiepsko nakreślony – jest owocem manipulacji Dartha Sidiousa/Palpatine’a. Tyle tylko, że Mroczne widmo nie przekazuje w jasny sposób informacji, że to jedna i ta sama osoba. My to oczywiście wszyscy wiemy, ale ktoś wchodzący w to kompletnie na świeżo może to przegapić. A wtedy nie ma związku przyczynowo skutkowego między inwazją na Naboo a wyborem Palpatine’a na kanclerza, i wydarzenia z filmu kompletnie nie mają sensu.

Tags: ,