Powrót do odległej galaktyki: Epizod II

14 komentarzy

sw

Powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Po Mrocznym widmie przyszła kolej na Atak klonów. Wielu Bothan zginęło, bym mógł znaleźć odpowiedź na pytanie: czy jest lepszy, czy gorszy, niż pamiętałem?

Odpowiedź brzmi: tak.

clones_poster

Już w pierwszych ujęciach widzimy coś, co bardzo w Ataku klonów lubię – zróżnicowanie tego, jak przedstawia się Coruscant. Zaczynamy od sympatycznej pocztówki z czubkami wieżowców wystającymi ponad chmury, potem będziemy mieć wiele ujęć w nocy, wizytę na ulicy i w barze. To mi się podoba, to jest strona Coruscant, której filmy dotąd nie pokazywały.

Chwilę później w wyjątkowo kiepskiej komputerowej eksplozji ginie nie-Keira-Knightley, a akcja przenosi się do gabinetu kanclerza Palpatine’a, bo przecież to nie byłby prequel bez długich dyskusji w gabinetach. Od razu dostajemy też jedną z dziwniejszych kwestii całego filmu. Padmé jest przekonana, że za próbą zamachu na jej życie stoi hrabia Dooku. Czemu? Kobieca intuicja? Diabli wiedzą. Ki-Adi Mundi, jedyny członek Rady Jedi poza Yodą i Macem Windu, który czasem się odzywa, mówi o Dooku tak: “to idealista, a nie morderca”. Zapamiętajcie to, bo będę do tego wracał. Na razie to – oraz wzmianka o tym, że był Jedi – to wszystko, co wiemy o Dooku.

W siódmej minucie filmu przenosimy się do apartamentu Padmé, gdzie na ekranie pojawia się Jar Jar, i wiecie co? Nie przeszkadza mi. Do głosu i dziwacznej gramatyki zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym Jar Jar nie robi w tym filmie nic irytującego. Przeszkadza mi za to – i to może się wydawać dziwne – apartament Padmé. I gabinet Palpatine’a. Scenografie na Coruscant są koszmarnie nudne, ciągle poruszamy się po jakichś pustych, sterylnych przestrzeniach, zwyczajnie nieciekawych.

Pierwsze spotkanie Anakina i Padmé jest ozdobione koszmarnymi kwestiami Anakina o tym, jak to Padmé “urosła w piękno jak na senatora”, od których krwawią mi uszy – ale rozmowa kończy się zdaniem “dla mnie zawsze będziesz tym małym chłopcem z Tatooine”, co pięknie tłamsi nadzieje Anakina. To mi się autentycznie podoba. W całym filmie będą jeszcze ze dwa, trzy przebłyski, wskazujące na to, że relację Anakina i Padmé można było uratować. Gdyby tylko ktoś przepisał pozostałe 90% ich wspólnych scen. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Obi-Wan i Anakin są na ekranie może dwie minuty, gdy Anakin po raz pierwszy kwestionuje jego przywództwo, decyzje, gust i kulturę osobistą. Subtelne, George, bardzo subtelne. Padmé idzie spać, źli złoczyńcy spiskują pod wielkim, kolorowym neonem reklamującym jakieś kosmiczne coś, Anakin i Obi-Wan dostają jeszcze jedną wspólną scenę – która całkiem nieźle pokazuje Obi-Wana jako mistrza, który jednak może mieć u Anakina posłuch. Może to dlatego, że co chwila przenosimy się do sypialni Padmé, i słyszymy tylko urywki ich rozmowy. Chwilę później mordercze glisty są już koło głowy Padmé (na marginesie, jeśli są mordercze, bo wstrzykują truciznę, czemu koniecznie chciały rzucić się jej do gardła, zamiast dziabnąć w stopę?), Anakin wpada do pomieszczenia i tnie je mieczem, a Obi-Wan podejmuje Bardzo Złą Decyzję.

obi

Serio. Mordercze glisty wpuścił do pomieszczenia latający droid. Obi-Wan rzuca się przez okno bardzo wysokiego wysokościowca, chwyta droida i kurczowo się go trzymając leci przez miasto. Na szczęście scenariusz zakłada, że – zgodnie z przewidywaniami Obi-Wana? – droid wróci do zabójczyni, która go wysłała, Zam Wesell. Teraz pora, by Zam podjęła Bardzo Złą Decyzję – ma karabin snajperski, z którego strzela do swojego droida, zamiast do wiszącego pod nim Obi-Wana.

Po czym Anakin łapie Obi-Wana, Zam odlatuje swoim śmigaczem, a Jedi ruszają za nią w pościg. Pościg ten jest strasznie abstrakcyjny – tak naprawdę często nie widać, gdzie są ścigający, a gdzie ścigana, ani jakim cudem oni wciąż są na jej tropie. Do tego raz Obi-Wan spada kilkadziesiąt/kilkaset metrów bez szkody dla siebie (co jest jeszcze w miarę wiarygodne, bo Anakin dopasowuje prędkość śmigacza do spadającego Obi-Wana), parę minut później to samo robi Anakin (Zam zdecydowanie nie dopasowuje swojej prędkości, więc to jest już absurdalne), i ogólnie obowiązuje tu fizyka z kreskówki Looney Tunes.

A mimo to całkiem lubię ten pościg. Raz, że pokazuje nam kolorowe Coruscant nocą, dwa – Obi-Wan i Anakin mają tu parę fajnych wymian, które pokazują nam ich relację w nie tak boleśnie bezpośredni sposób, jak wcześniej, trzy – kończymy na deptaku, a potem w barze. Deptak po którym chodzą zwykli mieszkańcy Coruscant, bar, który może nie jest kantyną z Mos Eisley, ale i tak – jedno z drugim to chyba wciąż najbarwniejsza, najciekawsza scenografia w całym filmie. A może i we wszystkich trzech prequelach.

obi2

Bar jest super. Tyle tylko, że Zam Wesell jest zmiennokształtną kosmitką, która nie zmienia kształtu. Nie rozumiem tego. Po co wprowadzać taką postać, po co podkreślać w dialogach, że jest zmiennokształtna, jeśli chowając się w barze i próbując zajść Obi-Wana od tyłu nie zmienia swojego kształtu, i cały czas wygląda tak samo? Ostatecznie zmieni kształt po śmierci, i jest to karygodne marnowanie zmiennokształtnej postaci i budżetu na CGI. A przecież Atak klonów powstawał już po pierwszych filmowych X-Men, którzy całkiem nieźle pokazali, co można zrobić ze zmiennokształtną zabójczynią. Takie marnotrawstwo.

Przy okazji: “Jedi business, go back to your drinks” jest chyba najbardziej arogancką kwestią padającą w Sadze. Nic dziwnego, że ludzie nie lubią Jedi.

Potem przenosimy się do Świątyni Jedi, która wygląda sterylnie, nudno i ogólnie strasznie widać, że aktorzy stali na tle greenscreenu, otoczeni pustką. Chwilę później Padmé się pakuje, a Anakin narzeka na Obi-Wana i nachalnie gapi się na kobietę, którą ma chronić. Nasz bohater.

Po półgodzinie od rozpoczęcia filmu, po maksymalnie 15 minutach podczas których byli razem na ekranie, Anakin i Obi-Wan rozstają się. Przez kolejną godzinę z hakiem każdy będzie występował w swoim własnym filmie. Bo pokazanie, że ich relacja jest wyboista byłoby trudne, ale jeśli nie będą razem na ekranie, będą po prostu mogli mówić innym bohaterom, jak trudno jest im się porozumieć, i jak ten drugi ich frustruje. Tell, don’t show – classic George. Na marginesie, to jest Bardzo Zła Decyzja Lucasa. Również dlatego, że o ile między Haydenem Christensenem i Ewanem McGregorem jako tako iskrzy, między Christensenem i Natalie Portman jest próżnia.

Następną charakterystyczną sceną jest wizyta Obi-Wana u czwororękiego kosmity prowadzącego typowy amerykański diner. Przyczepiłbym się do CGI Dextera, ale Dexter jest na tyle sympatyczny, że można mu to wybaczyć. Natomiast ten diner wypada dziwnie. Takie bardzo ziemskie wnętrzne w odległej galaktyce jest… kuriozalne.

Na marginesie, Dexter mówi o parsekach jako jednostce odległości – przypomnijmy, w Nowej nadziei Han Solo wspomina o nich tak, jakby były miarą czasu (tak, znam expandeduniverse’owe wyjaśnienie, czemu to robi, nie musicie pisać w komentarzach) – więc film zasługuje na mały plusik. Ale chwilę później w rozmowie z bibliotekarką Jedi Obi-Wan powie, że planeta, której szuka, jest “na południe od Labiryntu Rishi”. No wiecie – kosmiczne południe.

Na moment przenosimy się na pokład statku, którym podróżują Padmé i Anakin. Ich dialogi tutaj są… no, dalej będą gorsze. Ale całkiem podoba mi się Anakin, próbujący znaleźć kruczek w kodeksie Jedi, który pozwalałby rycerzom kochać.

starmap

Obi-Wan szuka rady u Yody, który outsource’uje nie taką znowu trudną zagadkę do swoich małych podopiecznych. Mógłbym się czepić tej sceny – że ogłupia Obi-Wana, że mały aktor grający padawana jest strasznie drewniany – ale co z tego, skoro ta scena mi się podoba? Hologram gwiazd ładnie wygląda, muzyka w tle jest świetna – lubię ją, i tyle.

Wracamy na Naboo, gdzie dostajemy trochę ekspozycji o demokracji Naboo. Hurra. A potem mamy scenę, o której kompletnie zapomniałem – Anakin i Padmé są na audiencji u obecnej królowej Naboo. I to jest scena, która technicznie rzecz biorąc pozwoliłaby wreszcie jakimś Gwiezdnym wojnom zdać test Bechdel… gdybyśmy znali imię królowej. Ups.

Wracamy do Obi-Wana, tym razem siedzącego za sterami myśliwca. Tutaj pojawia się pierwszy pojazd z prequeli, który bardzo mi się podoba – myśliwce Delta-7, a konkretniej – pierścienie z hipernapędem, do których podłączają się by odbyć dłuższe podróże, i które zostawiają na orbicie planety po przylocie. Strasznie podoba mi się zarówno sam pomysł, jak i wygląd tego zestawu.

Planeta Kamino też jest całkiem fajna. Co prawda burzliwy ocean po horyzont nie jest szczególnie ciekawą panoramą, a wnętrza które widzimy na planecie są puste i sterylne – ale to jest laboratorium, tutaj ta sterylność pasuje. Sami Kaminoanie mają ciekawy wygląd, ale w niektórych scenach CGI okrutnie szwankuje.

Wracamy na Naboo. Anakin mówi, że nie lubi piasku. Ależ on jest nachalny i ogólnie… creepy… w tym, jak się zachowuje względem Padmé. Po czym dochodzi do pierwszego pocałunku, który Padmé przerywa – a gdy to robi, urywa się muzyka. Nie wiem, czy efekt miał w zamierzeniu być komiczny, ale wychodzi to strasznie śmiesznie.

Wracamy na Kamino, gdzie Obi-Wan ogląda klony, a John Williams się leni. Po raz pierwszy sięga po motyw z innego filmu – gdy widzimy klony w zbrojach gra The Droid Invasion, umownie nazywane “marszem Federacji Handlowej”. Bardzo lubię ten utwór i w sumie pasuje jako przygrywka do wyścigu zbrojeń.

I znowu Naboo, gdzie Padmé zabrała Anakina na piknik. Zacznijmy od pozytywów: jest tu taki moment, gdy Anakin mówi z kamienną twarzą, że dyktatura jest do zaakceptowania, jeśli się sprawdza. Padmé patrzy na niego, niedowierzając, po czym zgaduje, że się z niej nabija i zaczynają się śmiać. To jest fajny moment. Cała reszta tej sceny jest koszmarna – jeżdżenie po pasących się na łące kosmicznych kartoflach z nóżkami (które wyglądają strasznie – to chyba najgorszy efekt w filmie), turlanie się po trawie… Scena jest również koszmarna koncepcyjnie – Padmé dopiero co nie chciała być całowana przez Anakina, a teraz flirtują na trawce. Potem będzie jeszcze paradować przed nim w wydekoltowanych sukniach, bo przecież tak bardzo nie chce, żeby on o nią zabiegał, prawda?

Kamino. Obi-Wan rozmawia z Jango. Lubię tę scenę, uwielbiam kwestię “Always a pleasure to meet a Jedi”, Jango Fett jest, ogólnie, fantastyczny. Temuera Morrison nie ma wiele do zagrania, ale robi to dobrze. Jango jest jedną z bardzo niewielu szarych postaci w podręcznikowo czarno-białym świecie Gwiezdnych wojen. I jeszcze ten pomysł, że oprócz góry kasy zażyczył sobie niezmodyfikowanego klona na własność, którego wychowuje jak syna. Czemu? Cholera wie, Jango jest dziwny, ale cieszy mnie, że Lucas postanowił tego nie dopowiadać. Jeszcze by to jakoś schrzanił, a tak można się zastanawiać, jakim człowiekiem ten Jango jest.

Wracamy na Naboo. Najpierw Anakin porywa Padmé jedzenie z talerza, by je pokroić, potem Natalie Portman nadziewa na widelec trochę powietrza i udaje, że je. Naprawdę nie można było zawiesić gruszki na żyłce, trzeba to było robić komputerowo? Ale nie ma czasu się wściekać, jedno cięcie później jesteśmy w Słynnej Scenie Kominkowej, i znowu uszy mi krwawią. “Jestem w agonii odkąd ponownie jesteś w moim życiu, dręczy mnie pocałunek, do którego nie powinno było dojść, łudzę się, że ów pocałunek nie zamieni się w bliznę, Jezu Jezu [nieczyt.]”.

Trzynaście lat po fakcie można mieć wątpliwości. Czy te dialogi naprawdę były takie złe, jak się wtedy wydawały? Może internauci rozbuchali sprawę. Może to był hejt na Lucasa, a film wcale na to nie zasługiwał, może….

Mając dzieło na świeżo w pamięci zapewniam – tak, te dialogi naprawdę są takie złe. Ale – choć dialogi są koszmarne, to przynajmniej wiadomo, co Anakinowi chodzi po głowie (…wiadomo, bo przecież nam to mówi. Classic Lucas). Natomiast Padmé jest niewiadomą. Z bełkotliwych dialogów nic nie wynika, natomiast Portman jest tutaj tak zagubiona, że o jej postaci nie da się niczego powiedzieć. Czy dobitniej: w tych koszmarnie złych scenach wszystko jest koszmarnie złe, ale Hayden Christensen wypada lepiej, niż Natalie Portman.

Tymczasem wracamy na Kam- wróć, nie, pomyłka. Przebitka z Coruscant! Mace Windu i Yoda rozmawiają o tym, jak to moce Jedi im skarlały, i zastanawiają się, czy powinni o tym poinformować Senat. Kompletnie nie rozumiem tej sceny. Czy chodzi tylko o to, że Yoda nie może wywróżyć przyszłości, bo przesłania ją Ciemna Strona (o czym była wcześniej mowa w filmie)? Jeśli tak – Palpatine już o tym wie, myślałby kto, że Senat też. Jeśli nie… to zupełnie nie rozumiem o jakim władaniu Mocą, które nie wychodzi im tak, jak dawniej, oni teraz mówią, bo niczego takiego w filmach nie widać. I dalej – jeśli faktycznie ktoś podkopuje ich umiejętności, to kto? Czemu? Czy to jest część planu Sidiousa/Palpatine’a? To jest kompletnie niezrozumiałe.

Teraz wracamy na Naboo, gdzie Anakin mówi przez sen “mamo, nie”, bo ma koszmar. To nie jest dobra scena, ale… przynajmniej widzimy, że Anakin ma koszmar, a nie dowiadujemy się o tym z kolejnej rozmowy, więc… plus dla Lucasa? Oczywiście chwilę później ta informacja zostaje powtórzona w rozmowie Anakina z Padmé. Więc jedna z tych scen jest absolutnie niepotrzebna. Tak czy inaczej Anakin musi lecieć na Tatooine, a Padmé postanawia mu towarzyszyć. Zapytałbym, czemu ta decyza pada teraz, skoro sny nawiedzają go od miesiąca, ale powiedzmy, że potrzebował paru dni żeby poczuć, że zerwał się ze smyczy Obi-Wana i może robić, co chce.

Ale skoro już o dniach mowa… Gwiezdne wojny George’a Lucasa mają dziwną relację z czasem. Wrócimy do tego, bo problem będzie się pojawiał jeszcze w Zemście Sithów i Imperium kontratakuje, ale Atak klonów może być najgorszym winowajcą. Widzicie, wątki Obi-Wana i Anakina zajmują, mniej więcej, tyle samo czasu ekranowego. Ale jeśli chodzi o czas akcji, wizyta Obi-Wana na Kamino trwa maksymalnie parę godzin, skradanie się po Geonosis – może kolejnych parę godzin. Tymczasem Anakin spędza z Padmé przynajmniej kilka dni. Trudno powiedzieć, ile dokładnie, ale nawet, jeśli przyjmiemy, że sceny, które widzimy, rozgrywają się tego samego dnia, chyba, że rozdziela je scena tocząca się wieczorem – to wciąż są co najmniej trzy dni na Naboo i dwa na Tatooine. Co prawda już z Nowej nadziei wynika, że podróże w nadprzestrzeni nie są natychmiastowe, tylko trochę trwają (ile? dobre pytanie), ale z Ataku klonów nie wynika, by Obi-Wan siedział w tym myśliwcu parę dni z rzędu.

Jango-Fett-shooting-at-Obi-Wan-Kenobi-on-Kamino-from-air

Tymczasem wracamy na Kamino, gdzie Obi-Wan próbuje złapać Jango, a Jango daje mu popalić. Nie mam żadnych zastrzeżeń – to bardzo fajna walka, i Obi-Wan, i Jango mają okazję się popisać, jestem bardzo usatysfakcjonowany. Brakuje mi tylko, by krople deszczu parowały z sykiem uderzając o klingę miecza świetlnego, ale nie można mieć wszystkiego.

Na Tatooine Anakin znajduje Watto. Watto wciąż jest fajny, na dodatek zyskał fikuśny kapelusik. Wszystko na plus.

Obi-Wan kontra Jango Fett, runda druga, pojedynek w pasie asteroidów na orbicie Geonosis. Nie umywa się do pościgu z Imperium kontratakuje, ale jest całkiem niezły. Ładunki sejsmiczne robią wrażenie (choć ich wybuchy brzmią jak ten efekt dźwiękowy z Incepcji, który ostatnio był wszędzie), Obi-Wan uciekający przed rakietą i fingujący zestrzelenie też wypadają fajnie. Jest dobrze. Zaraz po najgorszej części filmu przeszliśmy do najlepszej – a to jeszcze nie koniec!

Dobra passa trwa podczas wizyty Anakina u Larsów. Czuć rosnące napięcie. John Williams znowu się leni i przywołuje motyw z Nowej nadziei, ale to świetny motyw jest (Binary Sunset? Nie mam spisu utworów pod ręką), więc można mu to wybaczyć, zwłaszcza, że pasuje do sceny. Cień Anakina żegnający cień Padmé też wypada fajnie.

ep2tat

Zgrzyta mi za to wykorzystanie chwilę później Duel of the Fates. Tak, poszukiwania Anakina są napiętą sceną, ale nie aż tak napiętą, by grała tu muzyka z pojedynku z Darthem Maulem. Tym bardziej, że zamiast eksplodować jakimś finałem, napięcie zostaje ucięte, gdy nagle przechodzimy do sceny z Obi-Wanem na Geonosis. Kenobi się skrada, podsłuchuje spiskujących spiskowców, i oto w 77 minucie filmu debiutuje nominalny główny przeciwnik odcinka, hrabia Dooku.

Pamiętacie, jak prosiłem, żebyście zapamiętali kwestię “jest idealistą, nie mordercą” z początku filmu? No więc naszego idealistę poznajemy, gdy jeden z Neimoidian z Federacji Handlowej z poprzedniego filmu pyta go, czemu nie powiodły się zamachy na Padmé, które hrabia organizował. Mam wiele pytań – ale zaraz do tego wrócimy.

Najpierw – Tatooine i Anakin. Znalazł obóz Tusken Raiderów, znalazł matkę, matka umiera w jego ramionach. Nie mam zastrzeżeń – ta scena robi wrażenie. Nienawiść Anakina i początek masakry Tuskenów – również. Ale zaraz potem mamy cięcie i widzimy Yodę, który – jak zawsze pomocny – medytuje i obwieszcza, że Anakin czuje wielki ból. Classic Lucas. Nie daj Thorze, żeby aktor miał zagrać emocję – lepiej, żeby ktoś widzom o niej opowiedział. Strzał w stopę i Bardzo Zła Decyzja numer… nie liczę już.

Wkrótce później mamy scenę z Anakinem i Padmé w garażu, którą autentycznie bardzo lubię. Od “życie wydaje się prostsze, kiedy coś naprawiasz”, przez “wyrżnąłem ich jak zwierzęta” po “jestem Jedi, Jedi powinni być lepsi”. Niestety, ta ostatnia kwestia jest odpowiedzią na słowa Padmé o tym, jak to “gniew jest ludzkim odruchem”. To jest dobra wymiana zdań, ale – to jest cała reakcja Padmé na informację o tym, że Anakin dokonał masowego morderstwa. Trochę mało.

Zaraz potem mamy pogrzeb Shmi Skywalker, a w tle leci świetna muzyka. Znowu, to jeden z mniej charakterystycznych utworów, ale jest znakomity. Na koniec pogrzebu przychodzi C3PO i wypowiada pierwszą z dwóch dobrych kwestii, jakie ma w filmie – informuje, że R2 odebrał wiadomość od “jakiegoś Obi-Wana Kenobiego – paniczu Anakinie, czy to imię coś panu mówi?”

Po tym przebłysku mamy drugą, może trzecią sympatyczną interakcję Anakina i Padmé w całym filmie, gdy Padmé decyduje, że poleci uratować Obi-Wana – a jeśli Anakin chce ją wciąż chronić, będzie musiał lecieć razem z nią. Powtórzę się – w filmie jest kilka przebłysków, świadczących o tym, że z wątku miłosnego można było coś wycisnąć. Kompletnie nie wyszło, ale parę sugestii jest.

Kompletnie na marginesie, Padmé i Anakin kradną Larsom C3PO. Niby Anakin go zbudował, niby był własnością jego matki, ale i tak – nie zapytali ani Larsów, ani C3PO o zdanie.

Dooku

Teraz Dooku przychodzi porozmawiać z uwięzionym Obi-Wanem. Porozmawiajmy więc wreszcie o Dooku. Bo to jest ciekawa rozmowa – mówi Obi-Wanowi o Sidiousie, o tym, że Sith kontroluje Senat i senatorów. Powołuje się na Qui-Gona, którego był mistrzem, mówi, że pomógłby mu pokonać Sitha i ocalić Galaktykę, prosi Obi-Wana, by do niego dołączył.

To. Jest. Super.

A raczej: To. Byłoby. Super. Gdybyśmy nie wiedzieli już, że jest zły. Gdyby pierwszą kwestią Dooku w filmie nie było przyznanie się do organizowania zamachów na Padmé, gdyby drugą kwestią nie była deklaracja planu zaatakowania Republiki.

Abstrahując od szerszego gdybania, co by było gdyby Dooku naprawdę był idealistą (a raczej: odkładając to gdybanie na później) – o ileż lepsza byłaby ta scena, gdybyśmy w tym momencie nie wiedzieli jeszcze, że Dooku jest zły! Gdyby Lucas przynajmniej przez chwilę trzymał nas w niepewności. Ale nie, w tym momencie wiemy już, że Dooku jest zły, więc cała potencjalnie ciekawa scena jest zmarnowana.

A teraz pogdybajmy szerzej. W What If Episode Two Was Good Belated Media pojawił się już pomysł, by Dooku był prawdziwym idealistą i pozytywną postacią – polecam posłuchać – więc nie będę tego powtarzał. Ale spójrzmy szerzej – co by było, gdyby Lucas miał jaja, i przedstawił Separatystów jako pozytywnych bohaterów, a Jedi – jako obrońców złego status quo? To wcale nie byłoby takie trudne – Mroczne widmo pokazało, że Republika jest skorumpowana, Senat i kanclerz – nieskuteczni. Co, gdyby Separatyści byli zalążkiem późniejszej Rebelii – siłą, próbującą dokonać pozytywnej zmiany w Galaktyce? Nawet nie musieliby być przy tym aniołkami, niechby i byli agresorami, żeby Jedi byli na pozycji obrońców – obrońców skorumpowanego systemu, ale wciąż – obrońców. To mogłoby być ciekawe. To mogłoby nadać jakiejś głębii kwestionującemu działania Jedi Anakinowi.

Ale nie – zamiast tego Separatyści są… Separatyści chcą… Um… To znaczy…

…czego chcą Separatyści? Serio. Jak sama nazwa wskazuje, chcą niezależności od Republiki – ok. Czemu Republika się na to nie zgadza? Skąd ta cała wojna? O co tu chodzi? Oczywiście wiem, że to wszystko plan Palpatine’a, manipulującego obiema stronami – wiem to i doceniam. Ale to jest wyjaśnienie dla wtajemniczonych. A dla szarego obywatela Galaktyki? O co chodzi Separatystom i czemu doszło do wybuchu wojny?

A propos rzeczy, których nie rozumiem – kolejna przebitka z Coruscant. Palpatine i przyjaciele dyskutują o powołaniu armii, czego nie można zrobić, póki Palpatine nie dostanie specjalnych uprawnień. Ok. Palpatine i jego zausznik wrabiają Jar Jara w zgłoszenie takiej inicjatywy. Ok. Co prawda na początku filmu dowiedzieliśmy się, że Padmé jest z opozycji, i że sprzeciwiała się militaryzacji, ale hej, Jar Jar jest głupi, więc daje się wrobić. Natomiast zastanawiam się, co ten film próbuje mi powiedzieć o Bailu Organie. Bail jest postacią czwartoplanową w Ataku klonów, ale z tych scen wynika, że… jest za powołaniem armii? To by sugerowało, że zaczynał jako przeciwnik Padmé, by zostać sprzymierzeńcem w następnym filmie. Co mogłoby być ciekawe, gdyby Bail był postacią w Ataku klonów, a nie statystą, albo gdyby, wiecie… George’a Lucasa interesowały jego postacie.

Mniejsza z tym. Kolejna potencjalnie ciekawa zagrywka Palpatine’a zostaje bardzo kiepsko pokazana, ale wybaczam wszystko, bo Palpatine deklarujący w Senacie “I love democracy, I love the Republic” wypada pysznie.

Wracamy na Geonosis, gdzie Anakin i Padmé lądują na taśmie montażowej, po której będą skakać przez kolejnych parę minut, i jest to paskudny zapychacz czasu, którego nie cierpię. Nie wygląda dobrze, i tak wiadomo, że bohaterom nic się nie może stać, a na dodatek dostajemy tu takie poronione pomysły jak R2 z rakietowymi silnikami, czy niewiarygodnie wręcz nieśmieszną zamianę głów C3PO i droida bojowego. W całej długiej sekwencji doceniam tylko kwestię “maszyny tworzą maszyny – jakie to perwersyjne” (druga i ostatnia dobra kwestia Threepio w tym filmie), i reakcję Anakina na utratę miecza.

Na marginesie – Anakin strasznie masakruje Geonosian. Ale to komputerowe stworki, więc można pokazać, jak rozcina ich na pół od głowy po krocze, a film wciąż będzie przyjazny dla dzieci, ponieważ… nie widać krwi?

Wkrótce później, tuż przed wyprowadzeniem na arenę, Padmé deklaruje Anakinowi głęboką miłość kwestiami, które tylko dlatego nie są najgorszymi w całym filmie, że nic nie przebije Słynnej Sceny Kominkowej. Następnie zaczyna się finał filmu. Arena nie wygląda najlepiej, komputerowe stwory, którymi Geonosianie szczują naszych bohaterów nie zestarzały się najlepiej, ale ten początek to najlepsza sekwencja akcji w całym finale. Obi-Wan i Anakin mają skute ręce, nie mają mieczy świetlnych, muszą kombinować, by chronić się przed potworami – to jest ciekawe, to jest niecodzienna dla nich sytuacja i po prostu dobrze się to ogląda.

Potem ujawniają się przybyli na ratunek Jedi. Pamiętacie, jak pisałem, że przez całe Mroczne widmo droidy bojowe nie są żadnymi przeciwnikami, a sceny w których Obi-Wan i Qui-Gon rąbią je mieczami nie wyglądają dobrze? Bo droidy były komputerowe, bo aktorzy machali kijami, a graficy domalowywali im przeciwników, więc nie ma tam żadnej ciekawej choreografii, jest machanie kijem w próżni? No więc Atak klonów bierze tamte sceny i mnoży je. Zamiast dwóch Jedi mamy kilkudziesięciu, zamiast kilkudziesięciu droidów mamy ich setki – i to wciąż nie wygląda dobrze.

Tak naprawdę to chyba nie dałoby się bardziej zdewaluować wizerunku Jedi, niż pokazać jak kilkudziesięciu naraz macha mieczami. I ginie.

2swordsZ nudów zacząłem się przyglądać drugiemu planowi, i odkryłem, że w dwóch scenach w tle przewija się Jedi z dwoma mieczami. Nie wiem kto to, ale zainteresował mnie bardziej, niż 3/4 tego, co działo się na pierwszym planie. A już zwłaszcza, gdy na pierwszym planie był och jak niewiarygodnie śmieszny C3PO. (No dobra, “Die, Jedi dogs” to trzecia fajna kwestia Threepio w filmie, ale nie jest warta tej całej farsy z zamianą głów.)

Mimo wszystko parę scen się udało. Jango do samego końca prezentuje się dobrze. Bardzo lubię również wiedźmina Obi-Wana i jego drugą rundę z krabopająkiem, w której masakruje go paroma cięciami miecza świetlnego. I to w zasadzie tyle.

Potem mamy chwilowe zawieszenie broni, w trakcie którego można policzyć, że masakrę przeżyło 16 Jedi, bo na tym etapie Jedi są już redshirtami. A chwilę później – orły, orły lecą! Klony ratują Jedi, arena pustoszeje, C3PO narzeka, mały Boba Fett opłakuje martwego ojca. Jedno z tych ujęć nie pasuje do pozostałych, czy potrafisz je wskazać? Serio, zmiany nastroju z ujęcia na ujęcie są absurdalne.

Ale o ile walka na arenie jest moim zdaniem koszmarnie problematyczna, o tyle następująca po niej bitwa jest po prostu kiepska. Namalowane w komputerze klony strzelają do namalowanych w komputerze droidów, statki Republiki strzelają do stacjonarnych celów… nuda. Sama nuda i feeria CGI które dziś wygląda tak sobie, a jeszcze parę lat i będzie wyglądać koszmarnie. W całej bitwie są tylko dwa ujęcia, które autentycznie lubię. Gdy jeden ze statków Federacji rozbija się o ziemię, wzbija chmurę kurzu. Następnie widzimy klony i droidy strzelające do siebie w apokaliptycznej kurzawie. Te dwa ujęcia bardzo lubię, ale tak poza tym to jest najsłabsza bitwa z całej Sagi (liczę te, które są na ekranie dłużej niż przez kilkanaście sekund – w Zemście Sithów będzie sporo takich urywków).

Bitwa się skończyła, czas na pojedynek. I tak, jak w finale Mrocznego widma nie było żadnych emocji, bo Darth Maul nie był postacią, tylko zagrożeniem, tak tutaj… jest jeszcze gorzej. Bo Darth Maul przynajmniej był zagrożeniem obecnym na ekranie przez cały film. Pojawiał się co jakiś czas, starł się z Qui-Gonem na Tatooine, co było zapowiedzą finału. Tymczasem Dooku debiutuje w drugiej połowie filmu, tak naprawdę nic o nim nie wiemy – więc walka z nim nie budzi żadnych emocji. Na dodatek może choreografia jest niezła, ale za to montaż to niweczy – jest tu dużo krótkich ujęć, nie ma okazji, by przyjrzeć się, co się dzieje. Mimo to jest tu parę fajnych momentów – pierwszy raz widzimy, jak ktoś zostaje pokonany w walce na miecze świetlne i nie traci przy tym kończyny, potem przez chwilę Anakin walczy dwoma mieczami, co owocuje fajnym układem.

A potem wchodzi Yoda. Najpierw przerzuca się z Dooku komputerowo wygenerowanymi przedmiotami, co wygląda źle. A potem wyciąga miecz i zaczyna skakać jak gumiś, co wygląda jeszcze gorzej. Teraz to już nawet nie kwestia montażu, tu już po prostu niczego nie widać.

Ale przed tą demonstracją obłędu Lucasa jest świetny moment, gdy Yoda pokazuje Dooku, gdzie sobie może wsadzić te swoje błyskawice. To jedno naprawdę się udało.

Poprzednim razem narzekałem na to, że finał Mrocznego widma jest przeładowany – co chwila skaczemy po czterech różnych sekwencjach akcji. Finał Ataku klonów jest linearny – najpierw walka na arenie, potem bitwa, potem pojedynek na miecze świetlne. Niestety, każda z tych sekwencji jest kiepska. Konstrukcyjnie jest lepiej, ale efekt jest jeszcze słabszy.

I to w zasadzie tyle. Przed napisami końcowymi dostajemy jeszcze parę krótkich scen, w większości zawierających fajne elementy. Lubię statek Dooku, ten z żaglem słonecznym – tego jeszcze w Gwiezdnych wojnach nie było. Podoba mi się to, że Palpatine jako Sidious pojawia się w Ataku klonów tylko na samym końcu – w Mrocznym widmie było go trochę za dużo, trochę za często rozmawiał z Neimoidianami. Uwielbiam muzykę towarzyszącą inspekcji wojsk – Marsz imperialny wzbogacony taką fikuśną królewską fanfarą, bo to w końcu wciąż Republika, przechodzący w Across the stars, gdy na ostatnią scenę przenosimy się na Naboo, gdzie Anakin i Padmé… biorą ślub? Serio? Kto by pomyślał, że kosmiczne romanse muszą być takie oficjalne.

I to jest Atak klonów. Prawdopodobnie najgorszy i najlepszy z prequeli. Romans Anakina z Ciemną stroną wypada tu znacznie lepiej, niż wyjdzie w Zemście Sithów. Romans Anakina z Padmé leży i kwiczy, i ja też leżę i kwiczę gdy film każe mi oglądać ich podchody. Obi-Wan jest super. Ewan McGregor pół filmu gra do piłeczki tenisowej pokazującej, gdzie będą oczy kosmity, a i tak aż chce się go oglądać – nawet jeśli niektóre jego decyzje na planie były… dziwne… (Obejrzyjcie rozmowę Obi-Wana z Dexterem – on go chyba podrywa?) Starcie z Jango Fettem jest świetne. Jango Fett jest bardzo udany. Finał jest kiepski, Christopher Lee jest zmarnowany, potencjał Dooku i Separatystów – tak samo.

Najlepszy i najgorszy z prequeli. Inaczej nie potrafię go ocenić.

Tags: ,

  • FWG21

    Bardzo dobrze opisane i z większością się zgadzam jednak jestem bardziej krytyczny co do prequeli.
    Nie uważam by Watto był fajny.
    Nie uważam by KTÓRAKOLWIEK scena Padme z Anakinem była choć bliska dobrej ( ta “wyrżnąłem ich jak zwierzęta” jest okropna jak i każda próba “motywacji” Anakina by zejść na złą stronę mocy)

    Nie uważam by scena z matką “robiła wrażenie”…Matka umiera nagle i sztucznie jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z zasilaniem…nie jestem specjalistą od śmierci w ramionach ale no niezbyt.

    Wszelkie sceny komediowe są niestety na żałosnym poziomie tak więc zarówno C3PO oddzielony od ciała jak i jego teksty sprawiają, że czuję się niekomfortowo.

    Nie jara mnie Coruscant ( wygląda jak generyczne cyberpunkowe miasto bez głębi)

    I na koniec
    … nie do końca rozumiem dlaczego wszyscy lubią Jango i Boba Fett’ów. Też ich lubię, szczególnie tego drugiego ale reprezentując tę część fanów która kompletnie nie siedzi w expanded universe to właściwie niezbyt mamy powód. Jasne, wyglądają genialnie, Boba jest jednym z najlepszych łowców nagród ale praktycznie nie ma ich na ekranie w obu filmach więcej niż parę minut i obydwoje giną dość głupią śmiercią która dowodzi, że raczej nie byli tak zajebiści jak ich się opisuje.

    • Krzysiek Ceran

      No właśnie Jango można lubić, bo coś robi na ekranie, w przeciwieństwie do Boby. I nie ginie tak głupią śmiercią, jak Boba – próbuje uciekać przed Windu, ale ma rozwalony jetpack w tym momencie, więc nie może.

  • Mnie w tym filmie zawsze zastanawiało jedno- oto ukochany Padme przyznaje jej się, że właśnie dokonał masakry mężczyzn, kobiet, dzieci i zwierząt hodowlanych tuskenów i widać, że chłopak ma problem z sobą. Duży. Poważny. Padme nie tylko nie reaguje, w ogóle olewa kwestię. Nie wspomina nikomu.
    Ja rozumiem, że w świecie SW może nie być psychologów/psychiatrów, ale czemu ona nie powiedziała o tym Kenobiemu? Choćby napomknęła, że Anakin miał epizod psychotyczny, czy Jedi mogą pomóc.

    • Krzysiek Ceran

      Boby filmu nie było wtedy. Swoją drogą, może to jest klucz do rewizjonistycznej interpretacji Padme? Może daliśmy się nabrać, że ona jest inteligentna i przenikliwa, a tak naprawdę to żyjąca w świecie swoich wyobrażeń, zapatrzona w czubek własnego nosa egoistka, która puszcza mimo uszu słowa o masowym morderstwie, bo przecież “jej chłopak” nie mógł czegoś takiego zrobić? 😉

      • Oglądając pierwsze epizody zawsze mam wrażenie, że Lucas po Mrocznym widmie chciał nam opowiedzieć zupełnie inną historię, ale niestety, haj..historia musi się zgadzać (i nic to, że w fabularyzowanej wersji “Nowej nadziei”, którą miałam, Leia wspominała matkę ukrywającą się przed Imperium).
        Chciałabym bronić Padme, ale scenariusz nie daje mi możliwości. Poza jedną. że uznano ją za tak nieważną postać na tym etapie, że na sceny tylko z nią nie warto było marnować taśmy (popraw mnie, ale Padme chyba nie ma w Ataku Klonów ani jednej sceny solo?).

        • Krzysiek Ceran

          Tak zupełnie solo – nie ma, ale na samym początku filmu jest w otoczeniu swojej świty, a bez Anakina. Potem to już się nie zdarza właściwie do samego końca. Jeszcze jak wypada z kanonierki w finale i spada na wydmę, to ma pięciosekundową scenę rozmowy z klonem.

          A, no i jeszcze jak śpi, to jest sama w sypialni. Nie licząc Artoo i morderczych glist. 🙂

          • Czyli moja teoria, że Padme po prostu nie jest dość ważna by być w scenariuszu ma nawet sens :). Zamach, pięć sekund sam na sam z klonem albo śpi. Bardzo rozbudowana rola, nie ma co.

  • Mateusz Augustyn

    Ja uważam, że jest to najlepszy z prequeli. Nie jest on mądry. Dialogi są fatalne. Wydarzenia niezwykle dziwne.

    Jednak na tym filmie się nie nudziłem. Od początkowych głupot do samego końca film nie dawał mi nadziei, że jest jakimś epokowym przełomem i zawiera jakieś wielkie mądrości.

  • Mateusz Augustyn

    “Jak sama nazwa wskazuje, chcą niezależności od Republiki – ok. Czemu Republika się na to nie zgadza? Skąd ta cała wojna? O co tu chodzi?”

    Uderzasz w dogmat. Tak jak Imperium w pierwotnej Trylogii walcząc z Rebelią ilustrowało II wojnę światową, tak konflikt Republiki z Separatystami przedstawia wojny w USA. Od podłoża handlowego konfliktu, przez zamachy na przywódców, po próbę separacji. Nawet pojawia się wątek niewolnictwa, ale niestety niepołączony z separatystami.

    • Krzysiek Ceran

      W jaki sposób oryginalna trylogia ilustrowała II wojnę światową, poza tym, że pojedynki myśliwców były wzorowane na filmach o II WŚ? Wychodzisz tu z jakiegoś dziwnego założenia.

      Przez “wojny w USA” masz na myśli wojnę secesyjną? Tutaj faktyczne jakieś podobieństwo jest (no bo Separatyści = Konfederacja… Zresztą oficjalna nazwa Separatystów to “Konfederacja Niezależnych Systemów” / Confederacy of Independent Systems. Mniejsza z tym, że oczywiście w filmach nie pada), ale to nie zmienia tego, że film kompletnie się wykłada na zaprezentowaniu tego. Nawet nie “w zrozumiały sposób” – w ogóle tego w filmie nie ma.

      • Mateusz Augustyn

        1. Gdy w Nowej Nadziei poznajemy Imperium to widzimy rządy ludzi w mundurach, dowiadujemy się o likwidacji Senatu, możemy się domyśleć, że doszło do odebrania władzy arystokracji (Leia).

        Jest to przedstawienie przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera. W ramach upadku demokracji (brak większości w parlamencie doprowadził do rządów konserwatystów bez poparcia parlamentu) ubrana w mundury grupa (naziści) przejmuje władzę i likwiduje wszelkie ciała kolegialne (nie ma posiedzeń parlamentu, ani nawet rządu).

        2. Cały motyw super broni która ma odmienić losy konfliktu i doprowadzić do 1000 letniej Rzeszy jest zobrazowany Gwiazdą Śmierci.

        3. Gwiazda Śmierci jednocześnie świetnie ilustruje sposób prowadzenia wojny przez nazistów w którym masowo zabijano ludność cywilną.

        4. Stosunki wewnątrz armii w Imperium są przedstawione dokładnie tak jak w filmach o nazistach, a nie tak jak przedstawia się armię amerykańską, czy radziecką.

        5. Nawet po wprowadzeniu różnorodności etnicznej w wojsku Rebelii szeregi Imperium są czysto aryjskie. Tutaj rozszerza całą sprawę materiał pozafilmowy z książek i komiksów.

        6. Estetyka imperialna jest zbliżona do estetyki nazistowskiej.

        7. Dowiadujemy się, że państwo przeprowadza czystki np. Rycerzy Jedi.

        Według mnie podobieństwo jest na tyle duże, że można z dużym prawdopodobieństwem twierdzić, że mamy dosłowne nawiązanie. Szczególnie gdy w nowej Trylogii okazało się, że ustrój Republiki w praktyce jest ustrojem kanclerskim, Republika to coś jakby Federacją, a Palpatine opiera swoje uprawnienia na ustawie o pełnomocnictwach.

        Ba na samym początku nie mamy w Niemczech… …pardon Republice armii, co brzmi prawie jak te limity sił zbrojnych nałożone po IWŚ na Niemcy.

        • Krzysiek Ceran

          Kompletnie mnie nie przekonujesz. Epizod III faktycznie pokazuje Palpatine’a jak Hilera, ale w oryginalnej trylogii Imperium jest… złym imperium. Każdym złym imperium, a nie jakimś konkretnym.

          • Mateusz Augustyn

            Może tak odbierasz. Jednak zbieżności pomiędzy Imperium, a Trzecią Rzeszą są liczne i nie sposób uwierzyć, że nie ma nawiązania.

  • Mateusz Augustyn

    Gdyby ode mnie zależało naprawienie nowej Trylogii, to:

    1. Dooku byłby postacią pozytywną.
    2. Jego miejsce jako sitha w filmie zastąpiłaby Padme, gdyż Anakin jako jej ochroniarz musiałby się jej słuchać i mogłaby nakazać mu robić rzeczy wątpliwe moralnie, oraz skoro pożądanie jest drogą do ciemnej strony mocy mogłaby go podrywać. Po “Czarnym Łabędziu” widać, że potrafi wiarygodnie grać dwie skrajnie odmienne postaci na raz.
    3. Zakończyłbym rozpadem Zakonu Jedi na część popierającą separatystów i część popierającą status quo, by w następnej części nie trzeba byłoby wymuszać walki Bena z Anakinem przejściem tego drugiego na ciemną stronę i umieścić ją wcześniej.