Powrót do odległej galaktyki: Epizod V

3 komentarze

sw

Przy okazji Imperium kontratakuje postanowiłem wrócić do komentowania filmu scena po scenie – częściowo dlatego, że parę osób dało znać, że woli taką formę, ale głównie liczę, że to mi trochę uporządkuje moje własne myśli. Myślałby kto, że temu służą notatki robione w trakcie seansu, ale, jakby to ująć… Popełnione przeze mnie notatki składają się głównie z wykrzykników, rozradowanych emotek i fajnych cytatów.

Próbka:

ASTEROIDY!!! MUZYKA!!! POŚCIG!!! EMOCJE!!!

Na wypadek, gdyby nie było to boleśnie oczywiste – Imperium kontratakuje to mój ulubiony epizod Gwiezdnych wojen. Choć nie zawsze tak było.

The Empire Strikes Back

Poprzedni film zaczynał się od kosmicznej pogoni nad Tatooine. Tym razem początek jest spokojny, wręcz nieco tajemniczy – imperialny niszczyciel wysyła jakieś cosie, które rozlatują się na różne strony. Śledzimy jeden z obiektów, jak spada na pokrytą śniegiem powierzchnię planety. Z krateru po chwili wyłania się czarny robot, który odlatuje w sobie tylko znanym celu. Gdzie indziej po śniegu pędzi jeździec na kosmicznym kangurze – Luke Skywalker. Chwilę później zaatakuje go kosmiczne yeti.

Dygresja: zastanawiałem się, czemu tak drażniły mnie potwory morskie w Mrocznym widmie, i stwory domalowane komputerowo do Nowej nadziei. Oglądając Imperium kontratakuje, znalazłem odpowiedź. Ten film prezentuje pięć gatunków kosmicznych zwierzaków. Do tematu wrócę, gdy pokaże się ostatni z nich.

probe

Tymczasem widzimy bazę Rebeliantów, do której właśnie wrócił Han Solo. Oznajmia rebelianckiemu generałowi, że musi ich opuścić, by zająć się swoimi sprawami, związanymi z tym, że stał się celem łowców nagród, po czym próbuje się czule pożegnać z Leią. Leia żegna go ozięble, co prowadzi do sprzeczki. Spora część filmu to ich wspólne sceny, sprowadzające się do “kto się czubi, ten się lubi”. To nie jest ani trochę oryginalne, ale to się świetnie ogląda. Nawet gdy już się zna film na pamięć. Chwilę później bohaterowie dowiadują się, że Luke nie wrócił. Han bez namysłu jedzie go szukać.

I teraz tak: wydarzenia z Imperium kontratakuje mają miejsce trzy lata po Nowej nadziei – przy czym nie jestem pewien, skąd pochodzi ta informacja. Oczywiście, stary kanon Expanded Universe miał swój spis wydarzeń, ale nie o to mi chodzi. W filmach nigdy nie zostaje to powiedziane. Może to jakiś dopisek, jaki Lucas zanotował na marginesie scenariusza. W każdym razie o ile wiem jest to oficjalna informacja. Ale ja nie o tym miałem – w tym wypadku wystarczy się przyjrzeć bohaterom, by zrozumieć, że musiało minąć całkiem sporo czasu. Zmieniły się relacje między nimi – Han natychmiast ryzykuje życiem, by uratować Luke’a; w poprzednim filmie wyrażał zainteresowanie Leią tylko po to, by zirytować Luke’a, teraz jest to autentyczne uczucie; itd itp. Przy czym, i to jest ważne, bo wrócę do tego w przyszłym tygodniu – choć ten rozwój wydarzył się pomiędzy filmami, w sposób naturalny wynika z tego, co widzieliśmy w Nowej nadziei, z sytuacji, w jakiej zostawiliśmy tam bohaterów.

Tymczasem Luke… Luke… cholera, po angielsku to byłby taki ładny suchar – “Luke is hanging out in wampa’s cave“. Luke leżakuje w jaskini wampy? Tak jak wino leżakuje, zanim zostanie wypite? Nie? No cóż, próbowałem. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym obrazku – Luke jest przyczepiony nogami do sufitu jaskini. Wmrożony, jak przypuszczam? Ale jak? Wampa go trzymała stopami przy suficie, czekając aż mróz chwyci? Jak inteligentne są te stworzenia? Z drugiej strony, dzierzby nabijają swoje ofiary na ciernie, czasami zostawiając je na później, więc jakaś podstawa jest… Mniejsza z tym. Dla naszego bohatera – i naszej wiedzy o Mocy – ważniejsze jest to, że Luke przyciąga miecz Mocą. Pierwszy raz (biorąc pod uwagę kolejność powstawania filmów) widzimy na ekranie telekinezę. Wampa traci rękę, Luke ucieka.

Wkrótce później widzimy przebitkę z Bazy Echo, i jest to scena, którą bardzo lubię. Han i Luke nie wrócili, zapada ciemna, śmiertelnie mroźna noc, i Leia musi podjąć decyzję o zamknięciu wrót bazy, by nie zamrozić jej mieszkańców. I teraz tak – w dialogach nie jest to powiedziane wprost, ale sposób, w jaki ta scena jest nakręcona i reakcje postaci na ekranie nie pozostawiają wątpliwości, że Leia wydaje ten rozkaz, przekonana, że skazuje Hana i Luke’a na śmierć. W trzynastej minucie sequela tego radosnego filmu o kosmicznej przygodzie. Oczywiście, podskórnie czujemy, że nic złego nie może im się tak wcześnie stać, ale i tak jest to scena, która wyznacza tonację filmu.

Wracamy do Luke’a, któremu objawia się Obi-Wan. Dopiero teraz zorientowałem się, że w 1980 – kiedy tak do końca nie wiadomo było, co ci Jedi potrafią i jak ta cała Moc działa – można było odebrać tę scenę jako majaki rannego, wycieńczonego i odmrożonego Luke’a. Nie wiem, czy ktoś dał się na to nabrać, nie wiem nawet, czy taki był zamiar pomysłodawcy (George’a Lucasa), scenarzystów (Leigh Brackett i Lawrence’a Kasdana) lub reżysera (Irvina Kershnera), ale to by w sumie pasowało do zwątpienia, które dopada Luke’a, gdy już wyląduje na Dagobah, zanim Yoda mu się ujawni. Ot, kwestia interpretacji.

Obi-Wan nie pomaga Luke’owi, ale bardzo podoba mi się, jak Han przejeżdża przez miejsce, w którym sekundę wcześniej stał jego duch. Tauntaun pada, Han rozcina mu brzuch i narzeka, że śmierdzi. To ostatni tauntaun, jakiego widzimy na ekranie, więc to dobry moment, by w końcu zauważyć, jak dobrze zrealizowano tauntauny. Jasne, może nie mają zbyt ruchliwych pysków, ale i tak – można uwierzyć, że tam są. Zgaduję, że na planie był model naturalnej wielkości, na którym aktorzy siadali gdy kręcono zbliżenia, a w scenach z biegającymi tauntaunami zarówno tauntauny, jak i jeźdźcy, byli figurkami, które animowano poklatkowo. I tak, może czasami widać, że tauntauny w tych scenach nie mają wystarczająco wielu klatek, by poruszać się w pełni płynnie, ale wciąż – wyglądają bardzo dobrze.

Następny dzień – piękne słońce, rebelianckie śmigacze śnieżne pędzą w tę i we w tę, a John Williams daje pierwszy z bardzo wielu popisów. Pisanie, że John Williams napisał świetną muzykę wydaje mi się zbyt oczywiste, by to często wspominać, ale Imperium kontratakuje jest (również) pod tym względem bezbłędne – zarówno w chwilach, gdy Williams dociska gaz do dechy i cała orkiestra daje z siebie wszystko, jak i w wielu spokojniejszych momentach. Ten film ma piękną muzykę, prawdopodobnie najlepszą z całej serii.

Luke odżywa w odżywczej kąpieli w odżywce, Han się czubi z Leią, Leia całuje Luke’a. Kiedy właściwie Lucas wpadł na pomysł, by Luke i Leia byli rodzeństwem? Prawdopodobnie jakiś czas po nakręceniu tego filmu. Następnie Han i Chewie idą zapolować na imperialnego droida, a Leia i generał Rieekan podejmują decyzję o ewakuacji bazy, o czym wspominam wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, bo spieszy mi się do dużo ciekawszej sceny.

executor

Kosmos. Imperialne niszczyciele gwiezdne. Pierwszy raz w tle przygrywa marsz imperialny (patrz: John Williams, dwa akapity wyżej). Nagle niszczyciel wlatuje w cień czegoś większego. Cięcie. Widzimy coś dużo większego przesuwającego się nad niszczycielem. Cięcie. Widzimy absurdalnie ogromny superniszczyciel, otoczony kilkoma standardowymi niszczycielami, wyglądającymi jak chihuahuy przy nowofundlandzie. To jest banalna eskalacja zagrożenia – “myśleliście, że niszczyciele są wielkie? Popatrzcie na to!” – ale… to działa. Chwilę później widzimy, jak Darth Vader idzie po mostku superniszczyciela, a pracujący w zagłębieniu poniżej oficerowie bojaźliwie mu się przyglądają – i w przeciwieństwie do Nowej nadziei, to już jest “ten” Vader. Praktycznie od pierwszego momentu, w którym go widzimy. Pomimo protestów admirała Ozzela Vader każe flocie udać się na Hoth.

Rebelianci się pakują. Luke ciepło żegna się z Hanem i Chewiem, i jest to scena, która ładnie kontrastuje z ich napiętym pożegnaniem tuż przed bitwą wieńczącą Nową nadzieję, ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tego, że Luke na pożegnanie drapie Chewiego w kark. Wiem, że protoplastą Chewiego był należący do Lucasa pies Indiana – ten sam, który dał imię Indiana Jonesowi – ale to chyba lekka przesada.

Tymczasem na pokładzie superniszczyciela mamy kolejną ikoniczną scenę – Vader dusi admirała Ozzela za nieroztropne zaalarmowanie Rebeliantów i awansuje kapitana Pietta na admirała. Admirał Piett, swoją drogą, powróci w Powrocie Jedi, gdzie zginie wraz ze swoim okrętem. Z jakegoś powodu zacząłem się zastanawiać nad tym, jak oryginalna trylogia przedstawia członków sił Imperium. Nasi bohaterowie to oczywiście nasi bohaterowie, ergo są dobrzy, ergo Rebelia jest dobra. Ergo Imperium jest złe? W Nowej nadziei nie było co do tego wątpliwości – prowadzący śledztwo w sprawie zaginionych droidów szturmowcy mordowali wszystkich świadków, Tarkin rozkazał zniszczyć Alderaan. Co prawda  wielotysięczna załoga Gwiazdy Śmierci nie brała udziału w procesie decyzyjnym, ale może nie wchodźmy już w aż takie szczegóły. W Powrocie Jedi cała imperialna działalność koncentruje się wokół drugiej Gwiazdy Śmierci – aczkolwiek zniszczonej prewencyjnie – więc też nie ma wiele do gadania. Ale w Imperium kontratakuje? Czy Piett jest złym człowiekiem? Czy Ozzel nim był? To tylko żołnierze, służbiści. Jasne, zabijają – ale w tym epizodzie mamy do czynienia z regularnymi działaniami wojennymi, a na wojnie zabijają żołnierze wszystkich stron. Potem co prawda pojawiają się tortury (a jak powszechnie wiemy, tylko ci źli posługują się / zezwalają na tortury, prawda?), ale dochodzi do nich na rozkaz Vadera. Zresztą to w ogóle dzieje się gdzie indziej i biorą w tym udział szturmowcy, a mi chodzi dość konkretnie o imperialną marynarkę – Pietta, Ozzela, załogi okrętów czy tych nieszczęsnych pilotów, którzy zginą ścigając Sokoła Millenium. Czy mamy automatycznie zakładać, że są źli, bo są zagrożeniem dla bohaterów filmu?

Princess Leia 2

Wracając do akcji – Rebelianci szykują się do obrony Bazy Echo. Mamy tutaj kilka kolejnych fajnych scen. Leia – książniczka, senatorka, której rola w poprzednim filmie sprowadzała się do bycia kurierką i czekania na ratunek – prowadzi odprawę pilotów myśliwców. Później będzie kierowała obroną do samego końca – jest ostatnią wydającą rozkazy osobą opuszczającą centrum operacyjne. W zasadzie tylko w Imperium kontratakuje widać, że Leia należy do dowództwa Rebelii – a przynajmniej tylko w tym filmie widać, że nie jest to wyłącznie nominalne przywództwo.

Chwilę później Luke wsiada do śmigacza śnieżnego i wita się ze swoim strzelcem – Dakiem. Dak jest młodym, optymistycznym idealistą. Dak jest Lukiem Skywalkerem z poprzedniego filmu – uosobioną niewinnością Luke’a. Dak ginie parę minut później. No wiecie – oglądamy sequel tego radosnego filmu o kosmicznej przygodzie. Przy okazji widzimy, że Luke dojrzał od Nowej nadziei, ma za sobą parę lat walki i przeżył już śmierć towarzyszy.

walkers

Co mogę napisać o samej bitwie? Nie ma sensu. Nie ma żadnego uzasadnienia dla istnienia machin kroczących. To, że Imperium nie ma żadnego wsparcia powietrznego można uznać za logiczne, skoro Rebelianci musieli przygotowywać swoje śmigacze, by działały na mrozie, ale chwilę później zobaczymy, że X-Wingi bez problemu latają w atmosferze Hoth, więc ten argument odpada. Tylko co z tego? AT-ATy może są głupie, ale przecież są imponujące. Może logika czasami wysiada – tak jak w momencie, gdy odporny na ogień blasterów AT-AT wybucha od blasterów po tym, jak upadnie na ziemię – ale co z tego? Bitwa jest świetnie zrealizowana, muzyka jest wspaniała, oplatanie AT-ATa liną przez śmigacz trzyma w napięciu – czego więcej chcieć? Sceny, które szczególnie lubię, to Luke-komandos własnoręcznie eliminujący AT-ATa przy pomocy wyciągarki, miecza świetlnego i granatu, oraz ujęcie, w którym AT-AT odstawia nogę w bok, by nieco się obrócić i zestrzelić śmigacz w locie. Żaden inny imperialny żołnierz/pilot w całej trylogii nie robi czegoś równie fajnego.

W 37 minucie filmu wszyscy bohaterowie opuścili już Hoth. Luke leci na Dagobah. Nikt go nie ściga, w przeciwieństwie do Hana, Leii, Chewiego i Threepio, którzy na pokładzie Sokoła Milenium umykają przed kilkoma niszczycielami. Zgaduję, że Imperium zablokowało tylko pół orbity Hoth, i Luke wymknął się tylnymi drzwiami? Ot, detal.

Na marginesie, Han, Leia i spółka robią co mogą, by uciec, ale bez skutku, bo jak wiemy Sokół Milenium jest wiecznie psującą się kupą złomu, i właśnie wysiadł w nim hipernapęd. Skąd to wiemy? Wiemy to z Imperium konktratakuje, i tylko stąd – to jedyny film, w którym Sokół ma jakiekolwiek problemy techniczne. Ot, detal – który natychmiast ulatuje z głowy, bo Han wlatuje w pas asteroidów, ścigany przez 4 TIE-Fightery. I teraz tak: gdyby puszczać sobie ten pościg ujęcie po ujęciu, bez dźwięku, to nie będzie taki znowu imponujący. Pojazdy ruszają się w miarę dynamicznie, ale bez przesady, nie ma co piać z zachwytu. Ale. Dodać do tego montaż i muzykę, i otrzymujemy jedną z najlepszych scen w całej Sadze. Pogoń kończy się, gdy ostatni biedni imperialni piloci rozbijają się na skałach, a Sokół chowa się w “jaskini”.

Luke rozbija się na Dagobah, jakieś 20 minut po tym, jak zestrzelono jego śmigacz na Hoth. As pilotażu ma zły dzień. Bardzo podoba mi się jego frustracja i zwątpienie, gdy rozgląda się po bagnie, i później, gdy Yoda go drażni. Do tego trochę humoru, gdy Artoo wpada do wody, i później, gdy wypluwa go kosmiczny krokodyl. Piszę “krokodyl”, ale tak naprawdę nigdy nie widzimy tego stworzenia – i bardzo dobrze, bo to nie ono jest istotne w tej scenie. Widz może sobie wyobrazić resztę. No i pojawia się sugestia, że Dagobah to groźniejsze miejsce, niż się początkowo wydawało.

W krótkiej przebitce z pokładu superniszczyciela widzimy, jak Piett przypadkiem wchodzi do kwatery Vadera, gdy ten nie ma hełmu. Przez moment widzimy poznaczony bliznami tył łysej głowy – ot, detal, który daje do myślenia, nie przekazując żadnych informacji wprost.

Następnie przenosimy się na pokład Sokoła Milenium, który się trzęsie, bo asteroida jest bombardowana przez imperialne bombowce. Leia wpada w objęcia Hana. Mijają może trzy sekundy, i zaczynają się czubić. Ta konkretna scena jest przypominana, bo widać w niej, jak Ford porusza ustami, wypowiadając kwestię Fisher razem z nią, ale poza tym to ich kolejna zabawna wspólna scena, gdzie pięknie między nimi iskrzy. Powstrzymuję się przed przytoczeniem tu dialogów, bo jeśli zacznę to robić, to po prostu wkleję tu pół scenariusza. Różnica między koślawymi dialogami Nowej nadziei, a idealnie nadającymi się do cytowania kwestiami regularnie padającymi w Imperium kontratakuje, jest niewiarygodna.

yoda

Tymczasem na Dagobah, Mark Hamill ma kolejną scenę gdzie gra do Artoo, a to tak, jakby monologował. I wypada fajnie. A potem pojawia się zielony karzełek udający, że nie jest Yodą, i jest to równie sympatyczne. I tylko potem widz się dziwi – gdzie po tej scenie podziało się poczucie humoru Yody? Poza sceną z dziećmi z Ataku klonów, w kolejnych czterech filmach (liczę kolejność powstawania) Yoda będzie tylko i wyłącznie poważnym mędrcem, i jest to trochę nudne.

Słówko o kukiełce. Wiem, że regularnie narzekając w podcaście na CGI i chwaląc tradycyjne efekty specjalne, wychodzę na jakiegoś gumowego fetyszystę, więc chciałbym coś wyjaśnić. To nie jest tak, że oglądając Imperium kontratakuję nie widzę tego, że Yoda jest kauczukowy, że twarz ma niezbyt ruchomą, i tak dalej. To widać. Ale widać również, że ta kukiełka była przed kamerą, że wchodziła w fizyczne interakcje z innymi przedmiotami, z ludźmi na planie – a to jest najwyraźniej nie do podrobienia przez CGI, co sprawia, że taka nie do końca ruchoma kukła wciąż wiarygodniej naśladuje żywą istotę, niż namalowany w komputerze skrzat.

Wracamy na pokład Sokoła Milenium, gdzie trwają naprawy, przeprowadzane m.in. przez Leię, o czym wspominam by podkreślić, że Imperium kontratakuje jak żaden inny film pokazuje różne umiejętności tej postaci. Gdy Han ją zaczepia, zaczyna się jedna z ich najlepszych wspólnych scen – dodajmy, że konkurencja jest silna. Wciąż powstrzymuję się przed cytowaniem, więc…

Nie wiem czy słusznie, ale kojarzy mi się z filmami ze złotej ery Hollywood, z postaciami granymi przez Bogarta… (Swoją drogą Leigh Brackett była współscenarzystką “Wielkiego snu” z 1946, z Bogartem.) Ponadto jest to również najzabawniejsza scena z Threepio, który poza tym bywa w tym filmie irytujący – ale jest jednocześnie irytujący dla bohaterów filmu, więc wszystko jest w porządku.

W 54 minucie filmu, podczas holograficznej rozmowy z Vaderem, debiutuje Imperator (wtedy jeszcze nie Palpatine). Oryginalnie grany przez Elaine Baker, żonę charakteryzatora Ricka Bakera, z głosem podłożonym przez Clive’a Revilla. Na dodatek na obraz Baker nałożono oczy szympansa, żeby Imperator wyglądał bardziej nieludzko. Wydawało mi się, że zastąpiono ją McDiarmidem już w Edycji Specjalnej, ale właśnie skończyłem guglować i wychodzi na to, że wklejono go do filmu dopiero przy edycji DVD z 2004 roku. Przy okazji zmieniono nieco treść rozmowy. Można by debatować, czy określająca Luke’a fraza “the offspring of Anakin Skywalker” brzmi lepiej od tego, co było tu wcześniej, ale summa summarum i tak mamy tu rozmowę, w której Imperator mówi do Vadera o Anakinie jako trzeciej osobie tylko po to, by nie zdradzić widzom za wcześnie, że chodzi o jedną i tę samą osobę, więc jakby tego nie napisać, to i tak będzie brzmiało sztucznie.

Dagobah. Artoo staje na paluszkach, by zajrzeć do chaty Yody (♥♥♥). W chacie, Yoda jeszcze chwilę zwodzi Luke’a, po czym zaczyna rozmawiać z Obi-Wanem, wyjawiając w ten sposób prawdę. Wydaje mi się, że to całkiem zaskakująca chwila, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak to odebrałem te 20 lat temu, oglądając film po raz pierwszy.

Tymczasem Leia dostrzega poruszenie za oknem – Sokoła obsiadły kosmiczne nietoperze. Bohaterowie wychodzą na zewnątrz, by przekonać się, że mają do czynienia z mynockami. Zanim ruszymy dalej, parę uwag – wychodząc zakładają maski tlenowe, ale to cały specjalistyczny sprzęt, który ze sobą zabierają. Więc albo gwiezdnowojenna próżnia jest całkiem zdatna do życia (co nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę, że z dialogów wynika, że mynocki żyją w próżni), albo gwiezdnowojenne asteroidy często mają własną atmosferę. Albo atmosfera składa się z gazów będących ubocznym produktem procesu trawiennego kosmicznych ślimaków, i bohaterowie zachowują się bardzo głupio, ignorując ją. Ale tak, przypadkowy strzał prowadzi do trzęsienia całej “jaskini”, Han zarządza ucieczkę, i gdy w ostatniej chwili uciekają, potwierdza się to, co już przypuszczał – przez cały ten czas znajdowali się w brzuchu kosmicznego ślimaka. I to akurat z całą pewnością jest świetna niespodzianka.

cockpit

Wróćmy do dygresji o kosmicznych zwierzakach. To, co podoba mi się w Imperium kontratakuje, to to, że każdy stwór jest wpisany w fabułę – każdy z nich jest w tym filmie po coś, z wyjątkiem kosmicznego krokodyla z Dagobah, który jednak jest na ekranie tylko parę sekund, a poza tym tak naprawdę nigdy go nie widzimy. Natomiast pozostałe? Tauntauny zostają wprowadzone tylko jako wierzchowce, ale później umierający tauntaun uniemożliwia Hanowi i Luke’owi powrót do bazy, pozostawiając ich w niebezpieczeństwie i zmuszając Leię do podjęcia trudnej decyzji. Atak wampy może przypominać wynik rzutu na tabeli spotkań losowych, ot, przypadkowe zagrożenie, któremu musi stawić czoła Luke – a jednocześnie doprowadza do sytuacji, w której Han bez namysłu ryzykuje życiem, by ratować Luke’a, więc widzimy relację tych dwóch postaci. Mynocki spełniają podwójną rolę – sugerują, że przyczajeni w kryjówce bohaterowie nie są bezpieczni, co okazuje się zmyłką – mynocki im nie zagrażają. Ale wyciągają ich z Sokoła, co doprowadza do odkrycia prawdziwego zagrożenia, jakim jest kosmiczny ślimak. Który również nie jest zagrożeniem tylko po to, by widz podskoczył w fotelu i znowu usiadł, gdy tylko bohaterowie mu umkną – uciekając ślimakowi, bohaterowie wpadają pod lufy imperialnych okrętów. Wprowadzenie ślimaka przerywa nerwowy odpoczynek bohaterów, zmuszając ich do stawienia czoła oryginalnemu zagrożeniu. Podsumowując, powtarzając i parafrazując – w przeciwieństwie do większości, jeśli nie wszystkich pozostałych epizodów, każde zwierzę pojawia się na ekranie po coś. Ich obecność nie tylko dodaje kolorytu danej scenie, ale i popycha fabułę naprzód.

Tymczasem na Dagobah trwa trening Luke’a. Ile już trwa? Cholera wie. Ale trochę już trwa, bo Yoda raczej nie prowadziłby Luke’a do jaskini z wizjami już pierwszego dnia.  Wbrew radzie Yody Luke bierze ze sobą broń – niezbyt subtelna zapowiedź tego, jak sprzeciwi się poleceniom Yody i Obi-Wana za kilkanaście minut – i na widok widmowego Vadera natychmiast włącza miecz świetlny. Yoda powiedział, że w środku znajdzie “tylko to, co przyniesie ze sobą” – Luke konfrontuje się z własnym strachem, atakując – przegrywa. A na dodatek pod maską “Vadera” widzimy twarz Luke’a, co zapowiada więź łączącą te postaci, którą odkryjemy za pół godziny. Prosta scena, a spełnia kilka funkcji – co nie jest niczym niezwykłym w kinie, ale akurat w Gwiezdnych wojnach warto to odnotować, bo te filmy nie są szczególnie skomplikowane pod względem narracji.

Wracamy na pokład superniszczyciela, gdzie admirał Piett wyraża pogardę dla łowców nagród, ściągniętych przez Vadera. W tym miejscu pora na rubrykę “czas według Lucasa”, aczkolwiek będzie o całym filmie, a nie tej jednej scenie. Problem Imperium kontratakuje, podobnie jak problem Zemsty Sithów i, w mniejszym stopniu, Ataku klonów, polega na tym, że prawie nic nie informuje tu widza o upływie czasu. A jednocześnie dwa główne wątki zdają się toczyć w kompletnie różnym tempie. Ile trwa trening Luke’a na Dagobah? Wiemy tyle, że Luke przed odlotem twierdzi, że wiele się nauczył. Zignorujmy prequele, gdzie trening Jedi trwał kilkanaście lat – Luke biega, skacze, ćwiczy. Na początku filmu z trudem przywołał miecz świetlny, na Dagobah lewituje wieloma przedmiotami na raz, stojąc na rękach i spoglądając dzięki Mocy w przyszłość. Ile trwa trening Jedi? Diabli wiedzą, ale to musi być wiele dni, tygodni, prawda? Może parę miesięcy? Tymczasem Han i Leia ledwie uciekli z Hoth, posiedzieli chwilę w pasie asteroidów, zmylili pogoń i polecieli na Bespin. Na pierwszy rzut oka, to nie powinno trwać więcej niż kilka, kilkanaście godzin. I pierwszy etap, do ukrycia się w asteroidzie, pewnie tyle właśnie trwał. Ale teraz widzimy, że Vader ściągnął na pokład superniszczyciela łowców nagród. Ile musiał czekać, aż ktoś odpowie na jego ogłoszenie? Czy łowcy przybyli nazajutrz, czy było to kilka dni? Po Hanie i Leii nie widać, by siedzieli w asteroidzie parę dni, ale to i tak nic – w końcu parę dni to wciąż za mało, by Luke się czegokolwiek nauczył. Nie, do największej kompresji czasu dochodzi, gdy niszczyciele odlatują, a Sokół rusza na Bespin. Na ekranie widzimy, jak Han podejmuje decyzję, by tam lecieć – po czym, gdy widzimy bohaterów po raz kolejny, przylatują już na Bespin. Ile trwają podróże w nadprzestrzeni? Cholera wie, jak zwykle. Ale Sokół ma w tym momencie niesprawny hipernapęd, więc nie może przekraczać prędkości światła. Ile trwają gwiezdnowojenne podróże odbywane przy pomocy bardziej konwencjonalnego, nie łamiącego praw fizyki napędu? Tym bardziej cholera wie, ale jeśli w którymś momencie filmu mijają dni albo tygodnie, których nie widzimy, to właśnie tutaj.

Albo nikt z twórców o tym nie pomyślał i jest to jedno, wielkie, kosmiczne niedopatrzenie. Trudno powiedzieć.

Wracając do filmu – gdy Han nabiera imperialnych, przyczepiając się do niszczyciela, by zniknąć z radaru, poznajemy kolejnego imperialnego oficera, kapitana Needę, który… Jest zły, bo ścigał naszych bohaterów? Ale nie widzimy, by robił coś złego. Więcej – jest to honorowy statysta, który nie szuka wymówek, bierze winę na siebie i osobiście przeprasza Vadera za porażkę. Nigdy dotąd nie rozumiałem fanów Gwiezdnych wojen będących apolegetami Imperium, ale powtarzając sobie ten film, zacząłem niektórych pokazanych tu wojskowych nieco szanować i może nawet trochę żałować.

Muppets-Empire-Strikes-Back-700x300

Tymczasem na Dagobah, zanurzony w bagnie X-Wing Luke’a ni z tego, ni z owego tonie. Po czym Yoda przekonuje go, by spróbował podnieść maszynę Mocą, już-już wydaje się, że mu się udaje – ale nic z tego. Po czym Yoda go wyciąga. I teraz tak: to jest piękna scena, to jest scena ze świetnymi dialogami i fantastyczną muzyką, to jest jedna z bardzo wielu bardzo zapadających w pamięć scen z tego filmu. Tyle tylko, że – ponieważ jest to pokazane jako próba, której Luke nie jest w stanie podołać, żałuję, że ten temat nie wraca. Czy to później w Imperium kontratakuje, czy to w Powrocie Jedi, nie ma sceny, w której Luke musiałby ruszyć coś równie dużego Mocą, pokazując, jakiego postępu dokonał. Ba, do końca sagi Luke już niemalże nie korzysta z telekinezy. W Powrocie Jedi będzie lewitował fotel z Threepio, ale jeśli to miało nawiązywać do tej sceny, to kompletnie nie wyszło.

Na pokładzie superniszczyciela Vader po swojemu przyjmuje przeprosiny kapitana Needy. Flota rozprasza się, Sokół odlatuje “wraz z resztą śmieci”. Tutaj Han i Leia rozmawiają o tym, co mają zrobić dalej, zapada decyzja o locie na Bespin, które jest “daleko, ale powinno im się udać” – co nijak nie pomaga ustalić, ile ten lot miałby trwać. Sokół odlatuje, Boba Fett siedzi mu na ogonie.

Tymczasem na Dagobah Luke ma wizję – widzi Leię i Hana, cierpiących w “mieście w chmurach”. Powiedziałbym, że to foreshadowing, zapowiedź tego, co nastąpi, ale biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu mija od wizji do wydarzeń na ekranie, to raczej wstęp.

Sokół ląduje w Mieście w Chmurach, Leia poznaje Lando, Billy Dee Williams rządzi od pierwszych sekund na ekranie. Szarmancki kobieciarz, łajdak o złotym sercu, krętacz od którego z wdzięcznością kupisz most, a przynajmniej puszkę czegoś chłodnego…

…mogłoby się wydawać, że skoro na ekranie jest już Han Solo, Lando jest zbędny, że to ten sam typ postaci, a jednak okazuje się, że brakowało kogoś takiego. Poza tym przez jakieś 5 minut Lando jest szarą postacią w dramatycznie czarno-białym świecie, dopóki chwilę później nie opowie się twardo po stronie tych dobrych. Lando w Imperium kontratakuje jest znakomity… szkoda tylko, że w Powrocie Jedi zostaje sprowadzony do roli bohatera akcji, i film ani razu nie wykorzystuje jego wdzięku.

Dygresja: to już chyba któryś raz, gdy pisząc o Nowej nadziei i Imperium kontratakuje narzekam na Powrót Jedi. Czyżbym podświadomie przemycał krytykę tutaj, by wyrzucić ją z siebie, by następny tekst wypadł bardziej entuzjastycznie? Przekonamy się za tydzień.

Lando13

Gdy Lando oprowadza bohaterów, Threepio zostaje w tyle, włazi gdzie nie powinien i zostaje zastrzelony. Co prawda wiemy, że droidowi to na dłuższę metę nie szkodzi, ale to ładnie zwiastuje wiszące nad bohaterami niebezpieczeństwo – skuteczniej, bardziej bezpośrednio, niż Luke mówiący o wizji.

Tymczasem na Dagobah Luke zbiera się do odlotu, pomimo protestów Yody i ducha Obi-Wana. I choć na logikę rozumiem, że boją się, że Vader go zabije/przekabaci na swoją stronę, to mistrzowie Jedi kategorycznie stwierdzający, że Luke powinien pozwolić, by jego przyjaciele cierpieli, by się nie narażać, nie stawiają się w dobrym świetle.

Abstrahując od wymowy tej sceny, to wypada ona dobrze. Luke jest bohaterem, więc nie słucha starszych i leci, Yoda i Obi-Wan, stwierdziwszy, że nie odwiodą go od jego zamiarów, akceptują jego decyzję i udzielają mu rad, więc nie wychodzą na kompletnych drani. Co więcej, wieszcząc, że spotkanie z Vaderem w tym momencie oznacza dla Luke’a śmierć albo przejście na Ciemną Stronę, ustalają arbitralne zasady, dzięki którym finał filmu można interpretować jako zwycięstwo (moralne) Luke’a. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie uczepił się wymiany, w której Yoda prosi, by Luke “przypomniał sobie, co wydarzyło się w jaskini”, na co Luke odpowiada: “Ale tyle się od tego czasu nauczyłem”, co oczywiście zmusza mnie do zadania po raz nie wiem który pytania “ile czasu minęło w tym filmie?”

Ale to już naprawdę ostatni raz. W tym tygodniu.

W Mieście w Chmurach Chewbacca znalazł poszatkowanego Threepio, a Lando zabiera wszystkich na obiad z Vaderem. Zapowiadane zagrożenie zostaje wyjaśnione, Han bez namysłu strzela do Vadera, Vader przyjmuje strzały na rękę. Akcja! Emocje! Przepraszam, sięgnąłem do notatek.

W następnej scenie bohaterowie są już torturowani, aczkolwiek Chewiemu pozwolono zatrzymać Threepio, którego próbuje poskładać do kupy, więc przynajmniej może się czymś zająć. A propos tortur – w Nowej nadziei zostały schowane poza kadr, po czym nie widać było, by wyrządziły Leii jakąkolwiek szkodę. Tutaj widzimy, jak Chewie jest drażniony hałasem, a choć tortury Hana są schowane za cięciem montażowym, sugestia, co go spotka, jest wyraźniejsza niż poprzednim razem. Poza tym widzimy go po torturach, gdy jest wyraźnie osłabiony, więc wypada to nieco bardziej wiarygodnie.

han

Lando wyjaśnia im, co się dzieje, robi co może, by ocalić przynajmniej Leię i Chewiego, ale Vader regularnie renegocjuje umowę, i tak po chwili docieramy do kolejnej najlepszej sceny w filmie (pół filmu to najlepsze sceny w filmie) – deklaracji miłości Leii i odpowiedzi Hana, do ich pożegnania i zamrażania Hana w karbonicie. Nie będę się zachwycał tą sceną, deklarowałem na samym początku tego cyklu, że nie chcę powtarzać tego, co mówiono i pisano wielokrotnie. Zamiast tego – dygresja!

Dygresja: z tej sceny czerpali twórcy starego Expanded Universe, i czerpali w sposób absolutnie idiotyczny. Karbonit jest przykładem bezmyślnego budowania “wspólnego świata” (shared universe – fikcyjny świat tworzony przez wielu autorów; Expanded Universe Gwiezdnych wojen, komiksowe światy Marvela i DC, itp), popełnianego przez partaczy, którzy powielają elementy podstawowego, popularnego dzieła, do którego dopisują. Z dialogów w Imperium kontratakuje wyraźnie wynika, że to przemysłowy proces, którego nikt nigdy nie stosuje na żywych istotach. Ale zamrożony w karbonicie Han stał się ikoniczny, więc w Expanded Universe w karbonicie zamrażają na lewo i prawo, jest to niemalże jedyny sposób na hibernację, o jakim w ogóle się wspomina. Strasznie mnie to drażniło, kiedy jeszcze masowo czytałem powieści z EU. Dziś prawie ich nie czytam i wciąż mnie to strasznie drażni.

Wracając do filmu – Lando wie już, że z Vaderem się nie dogada. Luke wylądował w Mieście w Chmurach i biega jego korytarzami w poszukiwaniu przyjaciół. Kryje się przed strzelającym do niego Bobą Fettem, widzi Leię, próbując ruszyć w pogoń – nadziewa się na Vadera. Ale najpierw słowo o Luke’u: Luke z Imperium kontratakuje to mój ulubiony Luke. Bardziej doświadczony, nie tak naiwny, ale wciąż dość narwany, posługujący się mieczem świetlnym – ale i granatem, gdy trzeba. Do tego wciąż biega z blasterem, choć jestem prawie pewien, że ani razu z niego w tym filmie nie strzela.

duel

Podobnie jak w jaskini na Dagobah, Luke pierwszy uruchamia miecz. Przypadek, czy zapowiedź, że wciąż się boi, że tę próbę też przegra? Walka z Vaderem nie jest może popisem dynamicznej choreografii – choć postęp od Nowej nadziei jest ogromny – ale trzyma w napięciu. Vader co prawda testuje Luke’a, ale Luke’owi zdarza się go parę razy zaskoczyć, parę razy walczą jak równy z równym. Tuż przed końcem starcia udaje mu się nawet zranić Vadera. Do tego walka nie ogranicza się do samych mieczy świetlnych. Parę razy jest przerywana, np gdy Luke gubi broń i musi improwizować. Potem dochodzi jeszcze telekineza, Vader okłada syna miotanymi Mocą przedmiotami. W rezultacie otrzymujemy chyba najciekawsze starcie w Sadze – ciągle coś się dzieje, sytuacja się ciągle zmienia, jest na co popatrzeć, nawet jeśli sama szermierka nie jest szczególnie udana.

W międzyczasie Lando uwalnia Leię i Chewiego. Po krótkim nieporozumieniu i podduszeniu Lando ruszają za Bobą Fettem – za późno, by odbić Hana. Lando sugeruje mieszkańcom miasta, by ewakuowali się przed przybyciem imperialnych posiłków, co jest sympatyczym detalem – Lando do samego końca robi co może, by być dobrym kosmicznym burmistrzem (dla maniaków: “baronem administratorem”). Bardzo podoba mi się to, jak film portretuje Leię po tym, jak Boba Fett odlatuje z Hanem. Leia reaguje tak, jak zazwyczaj reagują męscy bohaterowie po stracie ukochanej – zapamiętale strzela do każdego szturmowca, jaki się napatoczy. Kamera nie skupia się na jej reakcji, cały czas śledzimy całą grupę, ale Lando dwukrotnie musi ją odciągać, przypominać, że powinna uciekać. Subtelny berserk Leii jest kolejnym powodem, dla którego również Leia z Imperium kontratakuje to moja ulubiona Leia.

vader

Tymczasem następuje kulminacja drugiego wątku. Vader wyjawia Luke’owi prawdę – i podobnie jak to było z odkryciem tożsamości Yody, nie potrafię teraz ocenić, czy to jest tak bardzo zaskakujące, jak fama głosi, że było w 1980 roku. Rozmowa Vadera z Imperatorem, wizja w jaskini – wydaje mi się, że w filmie są ślady, pozwalające to przewidzieć. W każdym razie to kolejna scena, która przeszła do historii kina. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić – reakcja Marka Hamilla jest… nie bardzo wiem, jak to określić. Coś pomiędzy “przesadzoną”, a “nienaturalną”. Z drugiej strony do dziś duże wrażenie robi na mnie to, jak paskudnie sponiewierany jest w tych scenach Luke. Dawno temu mówiłem o tym w podcaście – wydaje mi się, że dziś w filmach akcji, w przygodowych blockbusterach i innych takich, nawet obici, ranni i wyczerpani bohaterowie pozostają absurdalnie przystojni.

I jeszcze jedno drobne czepialstwo – spadający w przepaść Luke nie wygląda dobrze. To chyba jedyny efekt w całym filmie, który mi przeszkadza.

Końcówka finału – Luke wzywa Leię, Leia rozkazuje Chewiemu zawrócić Sokoła by go zgarnąć, po czym uciekają przed TIE-Fighterami. Towarzyszy temu fantastyczna muzyka, i znowu, i jeszcze raz, do znudzenia – ten dopisek powinien był się znaleźć w prawie każdym akapicie, ale nie chciałem się aż tak powtarzać. Poza tym nawet teraz, w trakcie dramatycznego finału, w filmie jest humor – zawarty w reakcji Leii i Chewiego, spoglądających na Lando, gdy hipernapęd wciąż się nie uruchamia, czy w ujęciu z Artoo wpadającym do tunelu serwisowego, gdy Sokół w końcu skacze w nadprzestrzeń.

Przy okazji, Leia, która dopiero co wyznała miłość Hanowi, w tej scenie znowu całuje Luke’a. Co mi przypomina, że nie napisałem jeszcze nic o tym, jak to w Imperium kontratakuje mamy przynajmniej nominalnie do czynienia z trójkątem miłosnym. “Nominalnie”, bo Luke w zasadzie nie bierze w tym wątku aktywnego udziału – i to nie tylko dlatego, że spędza pół filmu na innej planecie. W przeciwieństwie do Nowej nadziei, w tym filmie Luke ani razu nie wyraża romantycznego zainteresowania Leią. Poza tym to taki sympatyczny trójkąt, w którym wszyscy pozostają przyjaciółmi, a “rywale”, Han i Luke, bez namysłu rzucają się sobie na ratunek, gdy tylko dowiadują się, że ten drugi jest w niebezpieczeństwie.

Po ucieczce Sokoła Vader wyjątkowo się powstrzymuje, i wbrew widocznym obawom admirała Pietta, nikt nie traci życia za tę wpadkę. Może to dlatego, że tym razem żaden z nich nie popełnił błędu, a Vader mimo bezkompromisowych metod jest merytokratą? Z drugiej strony, kapitan Needa w zasadzie nie popełnił żadnego błędu, co najwyżej błędnie zinterpretował dostępne dane, a i tak zapłacił życiem. Może Vader zaczyna mięknąć. W następnym filmie będzie w końcu zdecydowanie miększy… Ale o tym więcej za tydzień.

Tymczasem na pokładzie fregaty szpitalnej Redemption Luke dostaje nową, mechaniczną rękę, i żegna się z Landem i Chewiem, odlatującymi na Tatooine. Wraz z Leią mają się tam z nimi spotkać, co oczywiście zobaczymy w Powrocie Jedi… ale akcja Powrotu Jedi toczy się rok po wydarzeniach Imperium kontratakuje? Dziwna sprawa – o której więcej za tydzień, jeśli nie zapomnę.

Już po raz ostatni w tym tygodniu: muzyka w tej scenie? Fenomenalna.

I to jest Imperium kontratakuje. Kontynuacja niemal pod każdym względem lepsza od oryginału. Nowe światy, nowi bohaterowie… choć, zasadniczo, tylko dwaj – Lando i Yoda. Więc może raczej: nowe spojrzenie na bohaterów poprzedniego filmu, odsłaniające ich nieznane strony. Rozwój postaci – zarówno bohaterów, jak i Vadera. Nieporównanie lepsze dialogi. Lepsze efekty. Poza tym to po prostu zdecydowanie ciekawszy film. Jedyny zarzut, jaki przychodzi mi do głowy, to to, że Imperium kontratakuje jest środkową częścią większej całości, do tego stopnia, że trochę nie ma zakończenia. Ale i tak – tak się powinno robić kontynuacje.

A ponieważ autorami filmu są Kershner – reżyser oraz Kasdan i Brackett – scenarzyści, a Lucas był “tylko” autorem historii (story) i producentem (executive producer), od lat uparcie twierdzę, że im mniej Lucasa w Gwiezdnych wojnach, tym lepiej dla Gwiezdnych wojen. Dlatego wiążę spore nadzieje z Epizodem VII. Czy słusznie? Przekonamy się za 9 dni.

A w przyszłym tygodniu – Powrót Jedi. Kiedyś, dawno temu, był to mój ulubiony epizod. Dzisiaj… W tym momencie mam długą listę zarzutów i zażaleń, a nawet jeszcze go sobie nie powtórzyłem.

Tags: ,

  • To jest ta część sagi, która sprawiła, że zostałam fanką. Ale chyba nic dziwnego ;). I przez nią cały czas mi się wydaje, że w Gwiezdnych Wojnach pełno jest dobrze napisanych postaci kobiecych. No jest. Jedna. W jednym filmie, bo zarówno w czwartym jak i szóstym epizodzie Leia nie jest już taka fajna.

    I też kiedyś najbardziej lubiłam “Powrót Jedi”. Wszyscy nabraliśmy się na ewoki :P?

  • Aż sobie muszę na szybkości powtórzyć trylogię, bo zostało tylko 8 dni. Albo chociaż Powrót Jedi.

    Oj tak, będąc szczeniakami, wszyscy nabraliśmy się na Ewoki 😛

  • Nadia

    Ja nie dałam! Ale to tylko dlatego, że oglądałam Sagę już jako dorosła. 😉
    A co do Imperium: Leia i Han z tego plakatu u góry łudząco przypominają Scarlet i Rhetta.
    Przypomniałam sobie film w zeszłą niedzielę i w przeciwieństwie do Ciebie ja odniosłam wrażenie, że Leia była już na tym etapie siostrą Luke’a. Jej ciągłe marudzenie, że nie powinni przylatywać do Miasta w Chmurach odebrałam jako wyczucie Vadera. To, że usłyszała wołania Luke’a też dla mnie wskazywało, że jest wrażliwa na Moc.
    Zachowanie Yody też sobie wytłumaczyłam; pełnienie oficjalnej funkcji najważniejszego Jedi (tak wiem, że formalnie byli równi) tłumiło odrobinę jego swobodą i prawdziwą naturę. Na Dagobah może być w końcu sobą, plus od wielu lat siedzi tam sam wystawiony na wpływy ciemnej strony. Trollowa część jego osobowości się intensyfikuje.

    Poza tym muszę stwierdzić, że organicznie wręcz nie cierpię C3PO, wolę Jar Jara naprawdę.

    I z zupełnie innej beczki ciężko się u Was pisze komentarze na telefonie. 😛