Powrót do odległej galaktyki: Epizod VI

8 komentarzy

sw

W poprzednim tekście narzekałem na Powrót Jedi. Zanim powtórzyłem sobie film, kombinowałem już, co o nim napiszę, i co mi się w nim pewnie nie spodoba, jak już będę go oglądał – a nie widziałem go od wielu lat. Ostatecznie zacząłem już myśleć o czekającym mnie seansie jako czymś, co chciałbym już mieć za sobą – i było mi z tego powodu przykro, bo kiedy byłem mały, Powrót Jedi był moim ulubionym epizodem.

W końcu zacząłem go oglądać, przepełniony obawami, że strasznie mi się nie spodoba. W zasadzie byłem nastawiony jak najgorzej – a mimo to byłem zaskoczony swoją reakcją.

rotjbaug12

Byłem przygotowany na to, że będę się krzywił za każdym razem, gdy na ekranie będą Ewoki. Byłem przygotowany na narzekanie na nagle wypranego z emocji, nieciekawego Luke’a. Ale nic mnie nie przygotowało na to, że będę się nudził. Że niezbyt długo po rozpoczęciu filmu zacznę grzebać w internecie, oglądając go jednym okiem, więcej uwagi poświęcając tylko lepszym scenom akcji.

Największym odkryciem jest dla mnie to, że Powrót Jedi jest nudnym filmem. Okrutnie rozciągniętym, wypełnionym watą i mało pomysłowym. Wciąż imponującym pod względem technicznym, ale fabularnie sprawia wrażenie pisanego na siłę. Żeby nie powiedzieć “na odwal się”.

Zaczynamy od powtórki z ujęcia otwierającego Nową nadzieję, tylko tym razem niszczyciel niczego nie ściga. Wypuszcza za to prom, którym Darth Vader dostaje się na pokład drugiej Gwiazdy Śmierci. Od razu pojawia się problem. Pamiętacie, jak pisałem, że Vader z Nowej nadziei to jeszcze nie jest “ten” Vader, że dopiero Vader z Imperium kontratakuje jest “tym” Vaderem? No więc Vader z Powrotu Jedi to znowu nie jest “ten” Vader. Przyleciał, by zbesztać kierującego konstrukcją Gwiazdy Śmierci moffa Jerjerroda za opóźnienia. I choć wypowiada tę fajną kwestię o tym, jak to “znajdzie sposób, by zmotywować ludzi do cięższej pracy”, to Jerjerrod wciąż robi wymówki. Dopiero gdy Vader informuje moffa o rychłym przybyciu Imperatora, Jerjerrod się przejmuje i obiecuje poprawę. Zakładam, że zamysł był taki, by podbudować Imperatora, pokazać, że to ktoś jeszcze groźniejszy od Vadera. Rezultat jest taki, że Vader karleje.

Tymczasem na Tatooine R2-D2 i C3PO idą przez pustynię. Mam wrażenie, jakbym gdzieś to już widział. Threepio wygłasza dziwną kwestię, jak to “Lando i Chewbacca nigdy nie wrócili z pałacu Jabby” – dziwną, bo o ile Lando jest w tym momencie w pałacu pod przykrywką strażnika, o tyle Chewbacca zostanie tam przyprowadzony dopiero później, przez Leię pod przykrywką łowcy nagród.

Return-of-the-Jedi-Screencaps-oola-jabbas-twilek-slave-35657328-1920-816

Droidy trafiają do pałacu (zawsze lubiłem tę dziwną kulkę na wysięgniku służącą za domofon/odźwiernego/cholerawieco) i zostają zaprowadzone przed oblicze Jabby. Jabba wciąż wygląda dobrze – powiedziałbym, że w Powrocie Jedi wciąż wygląda najlepiej, a wszystkie komputerowe efekty, które każą mu się ruszać w innych filmach wypadają dziwnie w porównaniu. Artoo przekazuje holograficzną wiadomość od Luke i rany boskie co Luke ma na głowie? Ależ on ma idiotyczną fryzurę w tym epizodzie. Scena kończy się zaskakującym odkryciem zamrożonego Hana Solo wiszącego na ścianie, ale to jest sztuczne zaskoczenie – Han był za kadrem, ale Threepio powinien był go zobaczyć wchodząc do pomieszczenia, nic go nie zasłania.

Droidy trafiają do podziemi pałacu, gdzie inny droid przydziela je do prac, przy okazji pokazując, że nieposłuszne droidy są torturowane przez inne droidy. Nie do końca wiadomo, czy ma to być śmieszne czy straszne, ale w zasadzie lubię tę scenę. Tyle tylko, że według niej droidy czują ból, strach i tym podobne, a przecież w prequelach bohaterowie je setkami humanitarnie masakrowali…

Krzyk torturowanego droida przechodzi w muzykę i zaczyna się występ taneczny. Jasne, Nowa nadzieja miała muzyków w kantynie, ale oni przygrywali w tle ważnej dla fabuły filmu rozmowy głównych bohaterów. Ale nie, Powrotowi Jedi nigdzie się nie spieszy, Powrót Jedi chętnie się zatrzyma, powącha kwiatki, posłucha muzyki przez minutę albo dwie… Muzyka, swoją drogą, została zmieniona w ramach edycji specjalnej – podobnie jak utwór z finału, towarzyszący cieszącym się Ewokom. Nie mam pojęcia, czy jest to zmiana na lepsze, czy nie, wydaje mi się to bardzo arbitralne. W zasadzie wszystkie te utwory podobają mi się tak samo. Nie mam zdania. Za to nie mam wątpliwości, że namalowani w komputerze śpiewacy, wstawieni do tej sceny w ramach edycji specjalnej, pasują jak pięść do nosa.

Scena mimo wszystko czemuś służy – pokazuje, że Jabba nie lubi, gdy ktoś mu się sprzeciwia (nie, serio?), a także zwiastuje zagrożenie w postaci rancora, uśmiercając biedną Oolę. Natychmiast po tym rozlega się strzał i na scenę wchodzi łowca nagród z Chewiem w kajdanach. Podoba mi się pomysł, by Threepio został tłumaczem Jabby – by pomocnik bohaterów wygłaszał kwestie złoczyńcy. Negocjacje przy pomocy granatu (dla maniaków: detonatora termicznego) też są sympatyczne, fajnie wypada również Boba Fett, kiwający z uznaniem głową. Chwilę później Lando pokazuje się kamerze. The plot thickens. W następnej scenie łowca nagród uwalnia Hana i ujawnia się jako Leia – nie da się ukryć, jest to pewne zaskoczenie, głównie dlatego, że widzowie pewnie zachodzą w głowę by zrozumieć, co się właściwie dzieje. Han i Leia zostają przydybani przez Jabbę i – na oko – z pięćdziesięciu jego sługusów, którzy cicho jak myszki czekali ukryci za kotarą.

Na marginesie – gdyby Han i Leia nie zostali w tym momencie złapani, jak mieliby uwolnić Chewbaccę i wyprowadzić droidy z pałacu?

W 23 minucie filmu Luke pojawia się na żywo. Negocjuje z Jabbą, próbując znależć rozwiązanie inne, niż walka – za co należy mu się plus – ale jest przy tym absolutnie ślepy, nie zauważa zapadni, ignoruje ostrzegającego go Threepio i, w końcu, wpada do jamy rancora. Rancor, na marginesie, wygląda bardzo dobrze. Tu akurat pamiętam, że w oryginalnej wersji był otoczony bardzo grubym czarnym konturem – rezultatem nałożenia obrazu gigantycznego rancora na sceny z biegającym po jaskini Markiem Hamillem – ale posprzątano to jeszcze w edycji specjalnej, a i później pewnie jeszcze doszlifowano, i teraz wszystko jest cacy. Luke Skywalker rozprawia się z rancorem ani razu nie korzystając z Mocy – nie wiem, czy to dlatego, by nie pokazywać widzom za wcześnie, co potrafi, czy po prostu scenarzystom się zapomniało. W każdym razie bardzo lubię statystę-tresera, który opłakuje śmierć rancora.

battle-over-the-sarlacc_8f1b4825

Jabba ustami Threepio skazuje Hana, Chewiego i Luke’a na śmierć w brzuchu sarlacca, a w następnej scenie wszyscy lecą już nad pustynią. Luke daje Jabbie ostatnią szansę, by znaleźć pokojowe wyjście z sytuacji, przy czym jest to strasznie naiwne, bo Luke nie zrobił dotąd niczego, by Jabba mógł go brać na poważnie. Jabba się nie zgadza i film robi się fajny. Miecz ukryty w Artoo, Luke zeskakujący z trapu, by saltem wrócić na pokład śmigacza, Luke własnoręcznie pokonujący bandę statystów – to wszystko jest bardzo fajne.

Na własny akapit zasługuje Leia. Słowem nie wspomniałem o złotym bikini, bo szczerze mówiąc nie mam zdania na jego temat. Zastanawiam się tylko, jakim cudem Leia jest taka czysta po spędzeniu dnia koło Jabby, biorąc pod uwagę, że wystarczyło, by Jabba lekko pacnął Threepio, a droid był pokryty zieloną mazią. Ot, brak konsekwencji. Za to teraz Leia wykorzystuje zamieszanie, by własnoręcznie udusić Jabbę. Mam wrażenie, że powinienem był to zapisać wielkimi literami, albo wytłuszczoną czcionką. W Gwiezdnych wojnach śmierć jest szybka, czysta i praktycznie bezbolesna. Trafił cię blaster? Nie żyjesz. Dotknął cię miecz świetlny? Nie żyjesz. Twój myśliwiec eksplodował? Nie żyjesz. Darth Vader – szwarccharakter – dusi ludzi na odległość (nie licząc tego jednego Rebelianta z Nowej nadziei). Księżniczka Leia morduje Jabbę swoim własnym łańcuchem, co zabiera jej stosunkowo dużo czasu i wymaga dużego wysiłku. Szczerze mówiąc nie wiem, co jeszcze mogę napisać, by wyrazić, jak niezwykła jest ta scena na tle całej serii. I pomyśleć, że Lucas stwierdził, że to Han Solo wypada zbyt bezlitośnie, strzelając pod stołem do Greedo bez ostrzeżenia, i postanowił to “naprawić”…

Na marginesie, Boba Fett trafiony przez niewidzącego Hana bosakiem, wystrzelony jetpackiem w burtę barki i spadający do gardła sarlacca jest w zasadzie w porządku, dopóki pamiętamy, kim Boba Fett był w 1983 – statystą w fajnej zbroi. Kompletnie nikim. Ta śmierć robi się nie na miejscu, niegodna postaci, dopiero gdy przyswoimy Expanded Universe, robiące z Boby Fetta nie wiadomo jakiego twardziela i spryciarza, Rambo i Hannibala Smitha w jednym. Ale to chyba problem twórców EU, którzy postanowili zrobić nie wiadomo jakiego twardziela z gościa, który tak głupio zginął…

W 38 minucie bohaterowie opuszczają Tatooine. Praktycznie 1/3 filmu jest już za nami. To dobry moment, by zapytać – co nam to w zasadzie dało? Poza koniecznym dla fabuły odratowaniem Hana? Dostaliśmy prezentację nowych umiejętności Luke’a i całkiem fajną scenę akcji, ale poza tym? Poza tym fabuła nie ruszyła na krok. Na dobrą sprawę jedna trzecia filmu jest poświęcona na coś, co w Bondzie zmieściłoby się jeszcze przed początkową piosenką. I choć pałac Jabby jest kolorowy, to spędzamy w nim stanowczo zbyt wiele czasu. Gdyby scena w kantynie z Nowej nadziei trwała pół godziny zamiast paru minut, też miałbym jej serdecznie dość. Na dodatek…

Może tak: kojarzycie, jak Dark Knight, Avengers i Skyfall znalazły się pod ostrzałem za niepotrzebnie skomplikowany, niemożliwy do zaplanowania plan głównego złego, który daje się złapać tylko po to, by uciec? Plan Luke’a jest nieporównanie bardziej idiotyczny, jego powodzenie zależy od tego, by pięć postaci znalazło się w niewoli by uratować szóstą, i praktycznie na każdym kroku nie powinien był się udać. Moim ulubionym wydumanym etapem jest chyba to, jak Luke przewidział, że Artoo zostanie kelnerem na barce Jabby.

Podsumowując: głupie i strasznie przeciągnięte, ale przynajmniej kilka scen akcji było bardzo fajnych.

W 39 minucie Imperator pojawia się na żywo. Jego pojawienie się nie wprowadza nic do filmu, ale przynajmniej ma świetny motyw przewodni.

open-uri20150608-27674-16lwhkx_5939377b

Luke ląduje na Dagobah, gdzie odkrywa, że Yoda jest umierający. Po śmierci Yody rozmawia z duchem Obi-Wana. Obie rozmowy są istotne dla postaci Luke’a, a sama śmierć Yody jest smutna i emocjonalna, ale rany boskie, wszystko razem sprawia wrażenie, jakby film się kompletnie zatrzymał. Dodajmy do tego wątpliwe decyzje scenarzystów – jak to, by Yoda czekał na swoje ostatnie tchnienie, by napomknąć o “jeszcze jednej Skywalker”, które to słowa są zagadką dla widzów przez całą minutę albo dwie, bo chwilę później Obi-Wan wyjaśnia sprawę. Sztuczna tajemnica jest sztuczna.

Podoba mi się za to, jak Luke nie daje ani Yodzie, ani Obi-Wanowi wykręcić się z tego, że nie powiedzieli mu prawdy o Vaderze. No i muzyka towarzysząca śmierci Yody jest świetna. Natomiast Obi-Wan zostaje zamieniony w dupka, bo nie tylko jego monolog o tym, jak to “powiedział prawdę z pewnego punktu widzenia” jest wyjątkowo krętacki, ale i wygłasza jeszcze kwestię o tym, jak to “Imperator już wygrał”, bo Luke mówi, że nie może zabić własnego ojca.

Na koniec okazuje się, że Leia jest siostrą Luke’a, i przez resztę filmu nikt się nie zająknie o tym, jak się całowali. Pewnie wszyscy próbują o tym zapomnieć.

Mc09

Po tym interludium widzimy flotę Rebelii i odprawę. Poznajemy Mon Monthmę i plan działania Rebeliantów, co jest miłe – lubię, gdy bitwy w filmach sci-fi/fantasy mają jasne reguły, nakreślające to, kto do czego dąży, jakie są cele itp. Nieźle wypada również odkrycie, że Han Solo zgłosił się na ochotnika i został generałem. Sympatycznie wypada również później, gdy przekonuje Lando, by pożyczył Sokoła. (Na marginesie – Lando awansujący z “nikogo” na “generała” jest tylko trochę bardziej wiarygodny, niż Jar Jar. Solo przynajmniej przez parę lat pomagał Rebeliantom…)

Mamy 53 minutę, bohaterowie ruszają do akcji – film w zasadzie powinien zacząć się kończyć. Ale nie, teraz czeka nas wata. Znowu. Na marginesie – wiem, że Threepio się przyda do komunikacji z Ewokami, ale bohaterowie tego nie wiedzą. Czemu oni go biorą na misję bojową? Bo tak stoi w scenariuszu?

Bohaterowie mijają się z Vaderem, Luke i Vader wyczuwają się nawzajem, bohaterowie lądują w lesie. Po chwili trafiają na imperialnych zwiadowców, i zgodnie z gwiezdnowojenną tradycją – jeśli coś może pójść źle, pójdzie źle – wdają się z nimi w bijatykę/strzelaninę/pościg. Pościg jest całkiem fajny – no i to jedyny raz, gdy Leii jest dane cokolwiek pilotować (chyba, że to ona kierowała Sokołem w Imperium kontratakuje, gdy zarówno Han i Chewie próbowali go naprawić; w zasadzie filmy nic a nic nie pokazują, jak wygląda sterowanie Sokołem). Problem w tym, że przy zaprezentowanej prędkości drzewa zlewają się w jedno, i tak naprawdę nie czuć, by bohaterowie manewrowali między drzewami, ryzykując życiem. Po prostu lecą przez zielone, i tyle. No i przepychają się skuterami, choć szturmowiec ma blaster, a Luke miecz, i żaden nie pomyśli, by z niego skorzystać.

Star-wars6-movie-screencaps.com-7159

W wyniku pościgu Leia się gubi, Han, Luke i inni nazwani bohaterowie idą jej szukać, a regularni żołnierze zostają puszczeni samopas, by nie tłoczyli się na ekranie niepotrzebnie.

W 63 minucie Leia spotyka Wicketa, pierwszego wśród Ewoków. Znaczy – pierwszego Ewoka, jakiego widzimy na ekranie. Mógłby to być każdy inny Ewok, a i tak nikt by się nie zorientował.

W ramach interludium Imperator rozmawia z Vaderem o Luke’u, przy okazji kwestionując motywacje kierujące Vaderem. Nie, żeby widzom pokazano, że Vader może mieć jakieś wątpliwości. Zresztą Vader natychmiast zaprzecza, więc sprawy nie ma.

Tymczasem Han, Luke, Chewie i droidy wpadają w pułapkę, porywa ich sieć, w której wiszą jak kartofle, a ja mam wrażenie, że zamiast Gwiezdnych wojen oglądam Scooby-Doo. Artoo tnie sieć, bohaterowie spadają, zostają otoczeni przez Ewoki. Ewoki hałasują, biorą Threepio za bóstwo, a chwilę później – biorą resztę do niewoli. Powiedziałbym, że przynajmniej bohaterowie są w niebezpieczeństwie, więc coś się dzieje, ale to jest niebezpieczeństwo, które sami bohaterowie ignorują jako nieistotne (Luke każe Hanowi oddać broń, mówiąc, że nic im nie będzie). A skoro oni się nie przejmują, to czemu ja mam?

Return-of-the-Jedi-Ewoks-1024x515

Następnie Ewoki szykują się, by ugotować złapanych bohaterów, i tu znowu mamy do czynienia z dziwnymi implikacjami – Ewoki są ludożercami! – które film kompletnie ignoruje. Z chaty wychodzi Leia, która nudząc się poza kadrem zmieniła fryzurę, a Ewoki skołowały dla niej suknię w jej rozmiarze. Threepio może być ich bóstwem, ale Ewoki kompletnie go ignorują, dopóki Luke go nie podniesie Mocą. Po podstępnym przekabaceniu tubylców na swoją stronę, bohaterowie…. siedzą i słuchają, jak Threepio opowiada wydarzenia z poprzednich dwóch filmów. I teraz tak – to jest sympatyczna scena (choć Threepio nie powinien mieć niektórych efektów dżwiękowych, którymi się posługuje) – ale ile już czasu zostało poświęcone Ewokom? Ile się w tym czasie wydarzyło?

Żeby tak ciągle nie narzekać – bawi mnie Han każący Threepio zadawać kolejne pytania, nie dając mu czasu by przetłumaczył poprzednie. Tym bardziej, że następuje tu odwrócenie schematu – to Threepio jest zirytowany zachowaniem rozmówcy.

Luke wychodzi z chaty by podumać, Leia idzie za nim. Luke ni z tego ni z owego pyta Leię o jej “prawdziwą matkę” – nigdy wcześniej nie było mowy o tym, by Leia była adoptowana. Leia opowiada o swojej prawdziwej matce, bo najwyraźniej pamięta dzień swoich narodzin (no przecież nie możemy oczekiwać od Lucasa, by wszystko w prequelach zgadzało się z oryginalną trylogią). Wkrótce potem Luke mówi jej, że są rodzeństwem, że Vader jest ich ojcem, i cała ta rozmowa jest… Może nie porywa, ale nie jest zła. Autentycznie podoba mi się reakcja Leii na słowa Luke’a o tym, że musi stawić czoła Vaderowi. Leia próbuje przekonać brata, by tego nie robił, by uciekał, co jest sympatyczną, racjonalną reakcją – ładnym kontrastem dla wszystkich Jedi i Sithów mówiących o nieukniknionym przeznaczeniu i innych takich.

Żegnają się, Luke odchodzi, do Leii podchodzi Han i w trymiga obraża się na nią, że nie chce mu powiedzieć, o co jej chodzi, choć “Luke’owi mogła powiedzieć”. Ni z tego ni z owego film przypomina sobie, że nominalnie ta trójka powinna być uwikłana w trójkąt miłosny, i jest to cholernie sztuczne. Na marginesie, byłoby to sztuczne również w obu poprzednich filmach (w Nowej nadziei Han nie był autentycznie zainteresowany Leią, w Imperium kontratakuje z kolei Luke już się nią nie interesował poważnie), a teraz, gdy wiemy już że L i L są rodzeństwem, jest to jeszcze bardziej sztuczny konflikt.

Następnie widzimy AT-ATa pilnującego lądowiska koło generatora pola siłowego chroniącego Gwiazdę Śmierci. Napatrzcie się, bo AT-ATa więcej w tym filmie nie uświadczymy. Luke poddał się imperialnemu patrolowi i zostaje przekazany Vaderowi. Biorąc pod uwagę przebieg ich spotkania na Bespinie, następująca rozmowa jest niewiarygodne wyprana z emocji. Dialogi nie pomagają, ale też zagrane jest to tak koszmarnie nijako… Luke autentycznie mówi w pewnym momencie “I feel the conflict within you, let go of your hate”, i jeśli nie jest to najgorsza kwestia oryginalnej trylogii, to jest to zdecydowanie najgorzej zagrana scena. Zresztą – Luke cały czas mówi o konflikcie wewnętrznym Vadera, o jego wątpliwościach i głęboko skrywanym dobru, które w nim wyczuwa, a ja pytam – tym razem wytłuszczę – niby gdzie? Skąd to wszystko się bierze? Luke wyczuł całe te pokłady dobra gdy Vader ucinał mu rękę? To wszystko – praktycznie cały ten wątek, włącznie z ostatecznym odkupieniem Vadera – bierze się kompletnie znikąd. Ot, Luke jest głęboko przekonany o tym, jaki Vader jest dobry, i mówi o tym tak długo, że Vader zaczyna w to wierzyć. Ale ja nie wierzę.

Przy okazji – bohaterowie mówiący o emocjach, których nie ma na ekranie? Gdzie ja to już widziałem?

Następna scena: Han, Leia, Chewie, droidy i żołnierze obserwują generator, lądowisko i okolice, i odkrywają, że – niespodzianka – Imperium ma tu żołnierzy i niełatwo będzie się przez nich przebić. Przepraszam, kto planował tę operację? Dodajmy, że to jest jeszcze zanim ukryty “legion najlepszych żołnierzy Imperium” zaskoczy Rebeliantów – na razie bohaterowie patrzą na regularną obsadę tej bazy. Wicket mówi im o tylnym wejściu prowadzącym do generatora – myślałby kto, że taki temat pojawiłby się wcześniej, gdy Han wypytywał Ewoków przy pomocy Threepio.

W 87 minucie filmu widzimy flotę Rebelii szykującą się do skoku w nadprzestrzeń, i to jest wreszcie moment, gdy film na dobre zaczyna się kończyć. Czas na finał.

Z powrotem na księżycu, Wicket kradnie skuter, co powoduje, że w pogoń za nim rusza aż trzech żołnierzy, zostawiając ostatniego bez wsparcia. Bo szturmowcy nie tylko źle strzelają, ale i są idiotami.

emperor-

W następnej scenie Luke zostaje przedstawiony Imperatorowi, co owocuje paroma fajnymi wymianami. McDiarmid jest fantastyczny, nawet gdy scenariusz wymaga od niego, by grał postać z kreskówki. Nawet Hamill nieco odżywa w tej scenie.

Tymczasem Rebelianci wchodzą do generatora i zostają złapani, a flota Rebelii wyskakuje nad Endorem, czemu towarzyszy bardzo sympatyczna muzyka. Do muzyki wrócę za moment, ale standardowo – jeśli na nią nie narzekam, to znaczy, że jest dobra lub jeszcze lepiej.

Imperator szydzi z Luke’a, próbując go sprowokować do ataku. Jest to całkiem sympatyczne. Z trudem opanowujący się Luke… jest nieco nudny, bo musimy oglądać tę konkretną scenę parę razy, zanim w końcu się złamie, i w pewnym momencie robi się to monotonne.

W 98 minucie filmu Ewoki ruszają Rebeliantom na odsiecz i zaczyna się bitwa naziemna. I teraz tak: nie narzekałem dotąd na Ewoki. Ale teraz muszę. Nie chodzi mi po prostu o to, że futrzane miśki pokonują “najlepszych żołnierzy Imperium”. Chodzi mi o to, że jest to tak koszmarnie nieprzekonująco pokazane. Można było to rozwiązać na parę sposobów. Można było pójść w groteskę – na przykład pokazując, że urocze Ewoki mają ostre kły i pazury, i w walce zamieniają się w złośliwe gremliny. Albo – pokazać, że podobnie jak to było z Yodą, nie należy ich oceniać po wyglądzie, pokazać, że są znakomitymi wojownikami, i że dzidami i strzałami z łuku znajdują szczeliny w pancerzach szturmowców. Cokolwiek. Ale nie, zamiast tego oglądamy, jak lekko trąceni kamieniem lub szturchnięci dzidą szturmowcy padają i już się nie podnoszą, i wygląda to mniej więcej tak, jak bawiący się z dzieckiem dorosły, padający na podłogę i krzyczący “pokonałeś mnie, pokonałeś”.

Ale – przynajmniej bitwa w kosmosie wygląda świetnie. Jak starcie z finału Nowej nadziei, tylko dużo więcej się dzieje i oprócz myśliwców dostajemy też okręty. Na marginesie, lubię imperialnego oficera, dziwiącego się, że niszczyciele nie atakują, bo Imperator ma taki kaprys.

maxresdefault

Kaprysem jest w pełni sprawna Gwiazda Śmierci, która niszczy jeden z rebelianckich okrętów. Nie sądzę, by było to szczególnie zaskakujące – w końcu Czechow mówił, że skoro w pierwszym akcie nad kominkiem wisi Gwiazda Śmierci, w trzecim akcie będzie musiała wypalić – ale Gwiazda Śmierci niszcząca pojedyncze okręty to coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. I w pewien sposób jest to dużo bliższe, dużo bardziej realne zagrożenie, niż zniszczenie Alderaanu – bo zdążyliśmy poznać admirała Ackbara, którego okręt jest równie zagrożony, co wszystkie pozostałe, a Alderaanu i jego mieszkańców nie widzieliśmy.

Tymczasem w lesie Artoo zostaje trafiony. To nie są Gwiezdne wojny, jeśli jakiś droid nie oberwie. Chwilę później kamera zatrzymuje się na biednym martwym Ewoku – chyba jedynym, który w tej bitwie ginie, a przynajmniej jedynym pokazanym na ekranie.

W kosmosie rebelianckie okręty wciągają imperialne niszczyciele w bezpośrednią wymianę ognia, by schronić się przed ostrzałem Gwiazdy Śmierci. Bitwy w Gwiezdnych wojnach mają mało wspólnego z jakąkolwiek taktyką – to jest chyba jedyny przypadek w serii, gdy ktoś podejmuje sensowną decyzję militarną.

Na pokładzie Gwiazdy Śmierci Luke daje się sprowokować Imperatorowi i sięga po miecz.

Na księżycu Chewie dokonuje abordażu na AT-ST i przejmuje machinę kroczącą. To jest bardzo sympatyczny epizod – i chyba jedyny moment, gdy Chewbacca robi coś fajnego. Znaczy, Chewie jest ogólnie fajny, ale nie przypominam sobie, by scenariusz dotąd pozwolił mu zrobić cokolwiek poza banalnym strzelaniem do szturmowców. Ten manewr odwraca losy bitwy, przechyla szalę na korzyść koalicji Rebeliantów i Ewoków i zapewnia im zwycięstwo. Niestety, gdy tylko futrzano-rebeliancka ekipa zaczyna wygrywać, w tle zaczyna lecieć absurdalnie skoczna, wesoła muzyka, niemalże cyrkowa. Podoba mi się prawie wszystko, co wyszło spod ręki Johna Williamsa, jest tylko trochę utworów, które są mi obojętne, ale The Forest Battle po prostu nie lubię.

Ewoki też się na coś przydają, bo nie wiadomo kiedy rozstawione pułapki eliminują dwa AT-ST. I o ile zmiażdżenie machiny kłodami na linach jest fajne, o tyle AT-ST eksplodujący tylko dlatego, że się potknął, wpisuje się w to koszmarnie nieprzekonujące przedstawienie bitwy, o którym pisałem wyżej.

Za to odwrócenie dialogu “I love you” – “I know” i Leia znienacka eliminująca szturmowców wypada świetnie.

Walka Luke’a z Vaderem jest bardzo ładna, są w niej emocje, nawet powstrzymujący się przed atakowaniem ojca Luke wypada ciekawie. Mały detal – po nie wiadomo ilu poprawkach technicznych kolory są zrąbane, i z ujęcia na ujęcie miecz Vadera zmienia odcień. Czasami bywa nawet różowy.

Tymczasem Han przechytrza “najlepszych żołnierzy Imperium”, podpuszczając ich, by otworzyli tylne wejście i wpadli w futrzano-rebeliancką zasadzkę. Smutny puzon.

maxresdefault2

W 112 minucie zaczyna się najlepsza scena filmu – od Luke’a kryjącego się pod schodami, przez prowokującego go Vadera, po Luke’a wściekle spychającego ojca do obrony i pokonującego go. Są emocje, jest akcja, jest fantastyczna muzyka. A jednak muszę się przyczepić. Ani razu nie czepiałem się konkretnych elementów choreografii w oryginalnej trylogii – poza ogólnym stwierdzeniem, że walka Obi-Wana i Vadera była… no wiecie… – ale tutaj, w kluczowym momencie, jest fragment, który ogląda się boleśnie. Vader kładzie się na barierkę, przy której Luke utnie mu rękę – nie zostaje na nią wepchnięty, nie potyka się o nią, nie upada. Podbiega do niej i się na niej kładzie. To jest finał starcia, finał trylogii – nie można było powtórzyć tego ujęcia? Ale poza tym wszystko jest tip-top, całkiem cacy, zupełnie znakomite. I tak dalej. Stawiający się Imperatorowi okoniem Luke i kwestia “So be it, Jedi” – również.

Interludium – Sokół Milenium i myśliwce rozpoczynają nalot na Gwiazdę Śmierci. Wygląda fantastycznie.

Gwiazda Śmierci. Na piętnaście minut przed końcem trylogii widzowie dowiadują się, że Ciemna Strona Mocy pozwala strzelać błyskawicami. Niespodzianka! Luke błaga ojca o pomoc. Vader się łamie. A ja oglądam edycję Bluray, co wiąże się z jedną dwóch najgłośniejszych zmian w Powrocie Jedi. Tyle tylko, że okazało się, że internet mnie zmylił – albo ja nie wczytałem się uważnie w narzekania. Wiedziałem oczywiście, że Vaderowi wlepiono nową kwestię – gdy atakuje Imperatora krzyczy “Nieeee”, zupełnie jak w Zemście Sithów. Nie wiedziałem natomiast, że to “Nie” pada dwa razy. I gdyby tylko Lucas potrafił się powstrzymać, gdyby tylko poprzestał na pierwszym! Pierwsze “Nie” jest krótkie, brzmi stanowczo, i autentycznie miałem ciarki, gdy je usłyszałem. To jest Vader, który po prostu stwierdza – “nie, nie zgadzam się na to, no pasarán, non possumus“. I autentycznie poczułem, że scena jest dzięki temu lepsza.

Sekundę później pada drugie, przeciągłe, jękliwe “Nieee” i niszczy cały efekt.

Tymczasem w kosmosie i okolicach – myśliwce i Sokół mkną przez Gwiazdę Śmierci, a admirał Ackbar każe skoncentrować ostrzał na superniszczycielu. Są emocje, jest akcja, wszystko jest fantastyczne. Tylko ten Executor wbijający się w Gwiazdę Śmierci – tyle razy poprawiano te filmy, a nic nie zrobiono z tą “eksplozją”? Executor stuka dziobem o powierzchnię Gwiazdy Śmierci i płonie jak zapałka. Taki sobie efekt.

Uciekający Luke zdejmuje ojcu maskę, żegnają się. To jest… no nie wiem. Powiedzmy, że jest w porządku – mam inne wyobrażenie tego, jak Vader/Anakin powinien się tu zachowywać, ale najwyraźniej po prostu mam zupełnie inne wyobrażenie na temat całego przedstawienia postaci Vadera w tym filmie, więc nie wchodźmy w to już.

DS2_attack_run

Lando i Wedge niszczą reaktor Gwiazdy Śmierci. Goniące ich TIE-Interceptory już nawet nie strzelają, piloci dali za wygraną. Ostatni imperialny pilot ginie o krok od ocalenia, jest tuż tuż za Sokołem. Żal mi go. Ujęcie z Sokołem wylatującym z płomieni strzelających z tunelu jest fantastyczne.

Pozostał już tylko montaż kończący film. Han oferuje, że nie będzie stał Leii i Luke’owi na drodze do szczęścia, Leia mówi mu, że Luke jest jej bratem, sztucznie przeciągnięty wątek trójkąta miłosnego zostaje szczęśliwie zakończony. Luke pali tatę na stosie. Mieszkańcy paru różnych planet cieszą się ze zwycięstwa. Tatooine, Bespin, Coruscant – wszystko dodane w edycji specjalnej. Pal sześć, że Miasto w Chmurach miało zostać ewakuowane, a mieszkańcy Tatooine mieli mieszkać tak daleko, że konflikt ich nie obchodzi. W edycji Bluray dodano jeszcze pocztówkę z Naboo. Słychać cichy głosik Jar Jara krzyczącego “Wesa free”, bo pewnie, czemu nie. Ewoki imprezują wraz z rebelianckimi żołnierzami, pilotami i marynarzami. Główni bohaterowie śmieją się i ściskają. Nawet Wedge zasłużył na uściśnięcie ręki. Muszę przyznać, że to działa. Nie ma tu żadnej treści, tylko radość, która udziela się widzom. A przynajmniej piszącemu to widzowi. Zanim film się skończy dostajemy drugą najgłośniejszą zmianę w filmie, czyli Haydena Christensena w roli ducha Anakina Skywalkera, stojącego koło duchów Yody i Obi-Wana. Nie ma w tym żadnego sensu – duchem Obi-Wana wciąż jest Alec Guiness, nie Ewan McGregor – ale jakoś nie potrafię się na to wkurzyć tak, jak różni internetowi komentatorzy. Jeszcze tylko niewidząca duchów Leia ściągnie Luke’a z powrotem na imprezę i film się kończy.

Więc. To był Powrót Jedi.

To był mój ulubiony epizod, kiedy byłem mały. Żałuję, że muszę to napisać, ale to nie jest dobry film. Och, z technicznego punktu widzenia jest świetny. Ale fabularnie?

Jest wtórny. Jak pisałem dwa tygodnie temu – kosmiczna bitwa z finału przyćmiewa finał Nowej nadziei. Tylko co z tego, skoro już to, że oglądamy dosłowną powtórkę – drugą Gwiazdę Śmierci i jej zniszczenie – jest przykładem karygodnego braku inwencji?

Jest nudny. Ma beznadziejne tempo. Tak, Nowa nadzieja miała, jak by to delikatnie ująć, nienajszybszą pierwszą godzinę – ale w trakcie tej godziny przedstawiała świat, zaludniające go istoty, wprowadzała w fabułę, przedstawiała bohaterów.

Co robi Powrót Jedi? Ten film nie przedstawia żadnej nowej postaci. Można argumentować, że wprowadza Jabbę, Imperatora i Wicketa, ale żaden tak naprawdę się nie liczy. I nawet nie chodzi mi o to, że dzięki specjalnej edycji Jabba został już wprowadzony w Nowej nadziei, a Imperator debiutował jako hologram w Imperium kontratakuje – ale o to, że i Jabba, i Imperator tak naprawdę nie są postaciami, nie mają charakteru. To po prostu uosobienie zła/zagrożenia wiszącego nad bohaterami. Co do Wicketa – trudno mi nazwać postacią istotkę, którą można podmienić na każdego innego Ewoka i nikt by się nie zorientował. Ewoki w ogóle są bohaterem zbiorowym, puchatą masą. Pojedynczy Ewok ma mniej więcej tyle charakteru, co pierwszy lepszy tribble.

Ten film ma 134 minuty. Fabuły jest w nim może na 45. Podsumujmy – bohaterowie ratują Hana, Luke żegna Yodę i odbywa gorzką rozmowę z Obi-Wanem, bohaterowie wpadają w ręce Ewoków i zyskują ich pomoc, Luke mierzy się z Vaderem i Imperatorem, Vader stawia się Imperatorowi. Spójrzmy na indywidualne wątki: Luke przechodzi swoją ostatnią próbę i zostaje Jedi. Vader odkupuje swoje winy (co wg mnie jest nagłe i niezasłużone, ale już to pisałem). Reszta… reszta… Ten… No… Leia wybiera Hana. A raczej – Leia nie ma wyboru, bo Luke jest jej bratem.

Jeszcze co do Luke’a. W zeszłym tygodniu pisałem, że bohaterowie w Imperium kontratakuje zdążyli się zmienić od Nowej nadziei, ale są to zmiany logicznie wynikające z tamtego filmu. W Powrocie Jedi nikt się szczególnie od poprzedniego filmu nie zmienił – poza Vaderem i Lukiem. O Vaderze już było. Luke zaś ni z tego ni z owego jest wypranym z emocji buddyjskim mnichem. Oczywiście, prequele pokazały nam, że to jest po prostu Lucasowa wizja Jedi – pal licho, że ani Obi-Wan, ani Yoda takimi nudziarzami nie są. Ale to nie jest zmiana zapoczątkowana w Imperium kontratakuje, to jest zmiana, która bierze się znikąd. Teoretycznie akcja Powrotu Jedi toczy się w rok po Imperium kontratakuje, ale jest to informacja, której nie zawarto w filmach, i naprawdę trudno ją obronić – Imperium kończy się, gdy Lando i Chewie lecą na Tatooine, a Luke mówi, że wkrótce tam do nich dołączy z Leią. Powrót Jedi zaczyna się, gdy wszyscy są na Tatooine. Kiedy niby miał minąć ten rok?

Wszystko to prowadzi mnie do niewesołego wniosku, który brzmi tak: jedyne, co odróżnia Powrót Jedi od prequeli to to, że lubimy bohaterów filmu. Ale to jest zasługa Nowej nadziei i Imperium kontratakuje, a nie Powrotu Jedi.

I to jest już koniec mojej powtórki z Gwiezdnych wojen. Przydałoby się to jakoś mądrze podsumować, ale ostatni seans podkopał moje morale. Będzie krótko. Powrót do odległej galaktyki przypomniał mi, co właściwie lubię w Gwiezdnych wojnach. A także znacząco obniżył moje oczekiwania względem Przebudzenia Mocy. Co może mi wyjść na dobre.

Wkróce się przekonamy.

Tags: ,

  • Łukasz Pilarski

    “Na marginesie, Boba Fett trafiony przez niewidzącego Hana bosakiem, wystrzelony jetpackiem w burtę barki i spadający do gardła sarlacca jest w zasadzie w porządku, dopóki pamiętamy, kim Boba Fett był w 1983 – statystą w fajnej zbroi. Kompletnie nikim. Ta śmierć robi się nie na miejscu, niegodna postaci, dopiero gdy przyswoimy Expanded Universe, robiące z Boby Fetta nie wiadomo jakiego twardziela i spryciarza, Rambo i Hannibala Smitha w jednym. Ale to chyba problem twórców EU, którzy postanowili zrobić nie wiadomo jakiego twardziela z gościa, który tak głupio zginął…”

    Sęk w tym, że nie zginął. Znaczy jeśli brać pod uwagę sam film, to czort wie. Widać tylko, że wpadł zwierzakowi do gardła, a co dalej, to można tylko spekulować, bo nie wiadomo, jak duży jest Sarlacc, czy zabija na miejscu, czy może tylko ogłusza i trzyma ofiary w żołądku na później i tak dalej. Równie dobrze Boba mógł się zaczepić hakiem gdzieś po drodze i wyleźć, gdy cała impreza się skończyła. Jeśli zaś brać pod uwagę również byłe Expanded Universe, to też nie zginął, tylko dał się poparzyć sokom trawiennym i po pewnym czasie wylazł. Po latach zresztą pracował dla Nowej Republiki i narzekał na gorsze stawki 😛

    Dla mnie jednak zepsucie postaci przez EU tkwi gdzie indziej – w tym, że Boba nosi zbroję mandaloriańską. A tych w kosmosie jest trochę więcej, niż jedna i też mają plecak odrzutowy, rakietę i inne bajery. Unikalny, charakterystyczny dla postaci sprzęt przestaje więc nim być, ergo postać też traci sporo unikalności.

    • Krzysiek Ceran

      “Widać tylko, że wpadł zwierzakowi do gardła, a co dalej, to można tylko spekulować”
      No film nie pozostawia złudzeń, wpadniesz – jesteś trup. Inaczej by się tak nie przejmowali tym, że Lando może tam wpaść.

      I tak, wiem oczywiście, że wg starego EU Boba wyszedł z sarlacca. Tylko właśnie o to mi chodzi, robienie badassa z postaci która została tak komicznie wyeliminowana w filmach nie było przemyślane.

      Zresztą to było stare EU, które dziś już się nie liczy. Stan obecny jest taki, że Boba jest martwy. Niby plotkowano, że Max von Sydow ma grać starego Bobę w Przebudzeniu Mocy, ale Max von Sydow nie do końca przypomina Maorysa, więc…

      Ja tam bardzo lubiłem Mandalorian, zwłaszcza to, co z nimi Karen Traviss zrobiła.

  • I teraz nie muszę już przypominać sobie oryginalnej Trylogii przed pójściem do kina :). Właściwie zgadzam się z Twoją opinią, chociaż nadal lubię Ewoki. Sceny z nimi nie mają sensu i stawiają pod znakiem zapytania umiejętności Rebeli (skoro banda miśków a la Robin Hood pokonała najbardziej elitarnych żołnierzy Imperium, to czemu bardziej zaawansowana technicznie Rebelia nie dała rady?), ale i tak je lubię.
    Swoją drogą, oglądając nową Trylogię nie mogłam się nadziwić jakim cudem Jedi przetrwalki tak długo. Serio, jedyną myślącą postacią jest tam Palpatine.
    Leia przynajmniej nadal jest traktowana w tym epizodzie jak postać, ma własne wątki (to oczywiste, że się nie brudzi, księżniczki się nie brudzą!), nie to co jej matka.

    A, i jestem przekonana, że R2 ma w swoim kontrakcie z Rebelią zapis, że na każdą akcję chodzi z C3PO :P.

  • FWG21

    Zawsze myślałem, ze VI jest moją ulubioną. W końcu piękny Endor, AT-ST, ścigacze, scout troopery (moi ulubieni)… Ewoki też lubię mimo ,że dobrze, je podsumowałeś… a jednak po przypomnieniu sobie wszystkich 3 części to V wydaje się najlepsza, a VI jej jedynie niezłym dopełnieniem z masą fajnych zabawek które tak pamiętałem.

    A co do zabawek to fajnie by było gdyby w jakimś Rouge One czy innym planowanym filmie zrobili z Boba Fett’a porządną postać. Bardzo bym chciał by ta sierota( w podwójnym znaczeniu) miała do odegrania coś więcej niż “stoję i jestem najlepszym łowcą”, “spadam do jamy sarlacca bo jednak nie jestem”

    • Krzysiek Ceran

      W tym momencie, gdy wiemy na 100%, że Disney planuje wypuszczać co roku nowe Gwiezdne wojny, film o Bobie, a przynajmniej z dużą rolą Boby, wydaje mi się tylko kwestią czasu.

  • Nadia

    W sumie doszłam do wniosku, ze rzeczą, która najbardziej przeszkadza mi w SW nie są Ewoki, C3PO czy Jar Jar. Najbardziej mi przeszkadza szybkie odkupienie dla Anakina, o którym wspomniałeś. To nasz Kmicic przy nieporównywalnie mniejszych zbrodniach żywym ogniem był przypiekany, a nie nasz Snape robił pół życia za podwójnego agenta i chronił życie nienawistnego mu bachora, a Vader tak od razu; bo zabił gościa próbującego zabić mu syna (raczej ludzki odruch, a nie bohaterstwo) i mu się zeszło. Pffff….

    A tak w ogóle obejrzałam stare klony. Niezłe faktycznie, acz nowe lepsze. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że porównywanie krótkich etiudek trwających łącznie ponad dwie godziny do pełnych pięciu sezonów jest równie sprawiedliwe jak odkupienie Vadera. 😉
    Tłuczek do klonów i scena przy windzie były piękne!

    • Krzysiek Ceran

      Ale Grievous rysowany jest lepszy od komputerowego – czy z serialu, czy z filmu. 🙂

      • Nadia

        Przyzwyczaiłam się do niekompetentnego, ssącego Grievousa, więc nie uwierzyłam w wersję rozwalającą Jedi na pęczki. 😉
        Podobnie zresztą nie wierzę w Manadalorian Karen Traviss.