Myszmasz na piśmie #3

8 komentarzy

logo

W tym tygodniu byłem dość zajęty, więc nie miałem czasu zastanowić się nad wstępem.

Nie przedłużając – oto trzeci Myszmasz na piśmie!

Nowiny i niespodzianki

Jack jest spoko

Bender z Futuramy

Poczuliście to zakłócenie w Mocy? Jakby miliony gotyckich duszyczek krzyknęło z radości, i nic nie mogło ich uciszyć. Paradox Interactive – twórcy gier strategicznych, takich jak Europa Universalis czy Crusader Kings, wydawcy Obsidianowego RPG Pillars of Eternity, odkupili od CCP firmę White Wolf i wszystkie powiązane z nią tytuły. Tym samym Świat Mroku znalazł nowych właścicieli, a wszyscy fani Vampire the Masquerade: Bloodlines wrócili do marzeń o sequelu. Na razie żadnych konkretów nie ma, pewne jest tylko jedno – Paradox nie kupił Świata Mroku po to, by leżał odłogiem. Prędzej czy później coś się wydarzy.

Czy będzie to Obsidianowe RPG o wampirach, wilkołakach i magach? Nie wiadomo, ale marzyć można.

Film

870848-newfrontier2

Powtórzyłem sobie w tym tygodniu animację Justice League: The New Frontier z 2008 roku, na motywach komiksu Darwyna Cooke’a pod tym samym tytułem. Komiks zresztą wkrótce ukaże się w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont. Wbrew tytułowi w filmie nie funkcjonuje jeszcze grupa pod nazwą Liga Sprawiedliwości. Zamiast tego obserwujemy klasycznych bohaterów DC działających w szczycie Zimnej Wojny i polowania na czarownice senatora McCarthy’ego. Z tego, co wiem, akcja oryginalnego komiksu jest rozciągnięta na wiele lat, a kolejni bohaterowie zaczynają działać w roku, w którym w rzeczywistości ukazał się pierwszy komiks z ich udziałem. Film technicznie rzecz biorąc obejmuje lata 1953-1960, ale, szczerze mówiąc, nie czuć w nim tego upływu czasu. Pojawia się parę wzmianek o tym, że coś, co już widzieliśmy, wydarzyło się x lat temu, no i wątek Hala Jordana na logikę musi trwać dość długo. Szczerze mówiąc, dopóki nie zacząłem teraz szukać informacji na ten temat, byłem przekonany, że cała akcja obejmuje tylko dwa lata. To zresztą nie ma dużego znaczenia.

Przede wszystkim w oczy rzuca się rozdwojenie jaźni, na które cierpi film. Z jednej strony próbuje coś powiedzieć o czasach, o których opowiada – mamy oskarżenia o komunistyczne tendencje, mamy podejrzenia pod adresem superbohaterów, brak zaufania ze strony rządu i obywateli. Z drugiej strony, w finale jest braterstwo broni, wspólna walka ponad podziałami, poruszające przemowy Supermana i ogólny lukier. Inny przykład – zagrożenie jest, początkowo, fantastyczne. Światu grozi typowy lovecraftowski horror (zwany Jądrem – w oryginale The Centre, nie wiem, jak to zostało oficjalnie przełożone), doprowadzajacy ludzi do szaleństwa, mający oddane sobie kulty i tak dalej. Mówię, lovecraftowski standard. Niestety, kiedy przychodzi co do czego, Jądro jest mackowatą kulą strzelającą promieniami śmierci. W zasadzie oryginalne lovecraftowskie twory nie prezentowałyby się lepiej w świetle dnia, ale Jądro na dodatek hoduje sobie mięso armatnie pod postacią pterozaurów i innego gadziego tałatajstwa, a to naprawdę nie pomaga zachować klimatu.

Normalnie wrzuciłbym ostrzeżenie o spojlerze przed kilkoma ostatnimi zdaniami, ale film otwiera narracja streszczająca historię Jądra, więc tu nie ma tajemnicy. Co jest o tyle problematyczne, że bohaterowie spędzają pierwsze czterdzieści minut pytając kogo popadnie, czym jest Jądro i o co chodzi. Mimo to nie potrafię się zebrać na krytykę tego otwarcia, bo to jedna z najlepszych scen filmu.

Ostatecznie siłą The New Frontier są postaci, stylizowane na swoje wersje z epoki (mamy tu więc Batmana – noszącego fioletowe rękawiczki pulpowego pogromcę przestępców <choć nie korzysta z pistoletów>), mniej więcej dostosowane do realiów epoki (tutaj najlepiej wypada Wonder Woman, choć rozterki Flasha też owocują jedną dobrą sceną), oraz ogólny styl animacji. Widać, że inspirowano się nie tylko fabułą Darwyna Cooke’a, ale i jego rysunkami. Mamy pokaz mody przełomu lat 50 i 60 oraz feerię retrofuturyzmu. Na trzecim miejscu wśród zalet wymieniłbym dubbing. Jest tu trochę głośnych nazwisk – Kyle MacLachlan jest Supermanem, Lucy Lawless – Wonder Woman, Neil Patrick Harris – Flashem, a David Boreanaz – Halem Jordanem. Wszyscy sprawdzają się w swoich rolach, nawet David Boreanaz, a nie podejrzewałbym go o to po obejrzeniu wszystkich sezonów Buffy i Angela. Szczególnie pasuje mi Batman grany przez Jeremy’ego Sisto, o którym zapomniałem, że go znam – Sisto grał w Sześciu stopach pod ziemią, a ostatnio w Suburgatory.

Tytułem podsumowania, The New Frontier prezentuje się trochę tak,  jakby Watchmen Moore’a miało happy end. Jest to jedna z najciekawszych animacji DC, nawet jeśli nie jest do końca udana.

Seriale

Quantico_ABC

Jestem po trzech odcinkach Quantico, a zatem – nie do końca na bieżąco. Możliwe, że w momencie, gdy piszę te opinię, jest ona przeterminowana, bo a nuż w następnych odcinkach wydarzyło się coś rewolucyjnego?

Ale załóżmy, że jednak nie. Quantico ciągnie swoją historię dwutorowo, skacząc między wydarzeniami współczesnymi, a poprzedzającymi je dziewięcioma miesiącami. Dziewięć miesięcy temu akademia agentów FBI w Quantico przyjęła nową klasę uczniów. Dziewięć miesięcy później ktoś z tej klasy wysadził dworzec Grand Central w Nowym Jorku, a inna uczennica tej samej klasy, agentka FBI Alex Parrish, została o ten zamach niesłusznie posądzona. Ucieka, by na własną rękę znaleźć prawdziwych winowajców. Ot, fabuła w skrócie.

Powyższy akapit informuje, o czym jest serial. Natomiast to, jaki jest, najłatwiej jest mi opisać tak: to Homeland w wydaniu Young Adult. Tytułowa akademia wypada jak coś pomiędzy stereotypowym amerykańskim liceum, a Hogwartem dla agentów FBI. Obserwujemy tam poczynania najbardziej zdywersyfikowanej grupy uczniów w historii FBI – główna bohaterka ma hinduskie korzenie, jest tam też Latynoska, muzułmanka z niesprecyzowanego na razie kraju Bliskiego Wschodu… mają nawet geja, co podkreślam, bo robi to serial – scenarzyści poświęcili chwilę, by powiedzieć nam, że ów bohater jest pierwszym zdeklarowanym gejem szkolącym się na agenta w historii agencji.

Choć może nie powinienem tak akcentować tej dywersyfikacji, bo choć w szkole są również uczniowie czarnoskórzy i tacy z dalekowschodnimi korzeniami, to jak na razie żadne z nich nawet nie dostało kwestii. Za to Dumbledorem tego Hogwartu jest Afroamerykanka, więc to się wszystko jakoś równoważy. Ale ale – czy ten gej na pewno jest gejem? Nie podpuszczam was, autentycznie się zastanawiam, bowiem w Magicznej Krainie FBI wszyscy mają swoje sekrety. Gej coś skrywa, główna bohaterka coś skrywa, Latynoska coś skrywa, muzułmanka coś skrywa, ich nauczyciele coś skrywają… Słowem, każdy coś ukrywa, każdy wie co innego.

Nabijam się, bo Quantico to serial, z którego łatwo można się nabijać, ale prawda jest taka, że oglądam go dla retrospekcji z akademii. Niestety, sekwencje z “teraz” są zwyczajnie nieciekawie. Poza tym ujawnia się w nich inna tradycyjna cecha podlejszych dzieł z nurtu YA – główna bohaterka jest straszną Mary Sue. Już w retrospekcjach jest niemal za każdym razem najlepsza we wszystkim, czego akurat wymagają nauczyciele, ale po zamachu wchodzi na jeszcze wyższy poziom. Jest agentką od paru miesięcy, ale wodzi za nos całą agencję, pokonuje w walce koleżankę z klasy, która na ćwiczeniach zawsze ją pokonywała, i tak dalej.

Ale i tak – wciągnął mnie. Na razie zamierzam przy nim zostać. Bywa dobry, ale nawet, kiedy jest zły, zazwyczaj jest przynajmniej zabawnie zły. Ostatni przykład – to jest serial, w którym całkiem na serio zostają wypowiedziane słowa: “Kim ona według ciebie naprawdę jest? Agentką, w której się zakochałeś, czy terrorystką, która złamała ci serce?”

To jest koszmarnie zła kwestia. Ale, przynajmniej dla mnie, jest przy okazji niewiarygodnie wprost zabawna. A poza dostarczaniem takich kwiatków, Quantico bywa dobrym serialem. Jeśli to brzmi jak kombinacja, która może się wam spodobać – dajcie mu szansę.

Angel & Buffy 36

Zacząłem przeglądać archiwum podcastu, by sprawdzić, kiedy ostatnio mówiłem o Angelu. Wyszło mi, że było to odrobinę ponad rok temu, kiedy skończyłem oglądać czwartą serię. W minionym tygodniu skończyłem serię piątą. Przerobienie jej zajęło mi rok, i to nie dlatego, że byłem szczególnie zajęty.

Poniżej znajdą się pewne spojlery do Angela – i do Buffy też, czemu się ograniczać – ale te seriale mają po kilkanaście lat, więc… Zresztą nie będę wchodził w szczegóły.

Buffy poznałem stosunkowo późno. Kilkanaście lat temu widziałem jeden odcinek, w niemieckiej lub austriackiej telewizji, z niemieckim dubbingiem. Kosmicznym zbiegiem okoliczności był to Hush (s04e10), który nie tylko jest jednym z najlepszych odcinków serialu, ale i co najmniej w połowie jest pozbawiony dialogów, więc nawet nie znając niemieckiego nadążałem za akcją. Od tamtej pory byłem świadomy istnienia tego serialu, jak i tego, że ten jeden odcinek mi się podobał, ale kiedy x lat później przyszło co do czego – odbiłem się od pierwszych odcinków. Na poważnie wziąłem się za serial, bo ja wiem, cztery lata temu? Mniej więcej?

Początek był trudny, bo Buffy nie zaczyna się najlepiej. Niby wszystkie elementy są na swoim miejscu – licealiści, potwory, problemy młodości przeplatane pościgami i walkami z potworami. Czasami potwory utożsamiają problemy młodości. Tyle tylko, że aktorzy nie czują nie tylko swoich postaci, ale i specyficznego selektywnego przymrużenia oka cechującego serial. W rezultacie nie działają ani dowcipy, ani stuprocentowo poważne sceny.

Ale Buffy szybko się poprawia. Już w połowie pierwszego sezonu zachodzi widoczna zmiana. W zasadzie od tego punktu do końca trzeciego sezonu jest już tylko lepiej. Potem przychodzi czwarty, który jest strzałem w stopę. Po pierwsze, bohaterowie opuszczają liceum i zaczynają studia, czemu towarzyszy swoisty reboot konceptu – pod koniec trzeciego sezonu praktycznie cała szkoła wiedziała o potworach i roli Buffy, teraz, na uniwersytecie, wracamy do punktu wyjścia. To nie działa. Po drugie, pojawia się tajna rządowa agencja zwalczająca potwory przy pomocy technologii, a jakby tego było mało jeszcze budują cyborga, i ten miszmasz magii i pseudonauki się nie sprawdza. A przecież – ww Hush jest odcinkiem z czwartego sezonu. W tej serii procentuje również rozwój Willow, debiutuje Tara, wraca Spike i, ogólnie, dzieje się dużo fajnych rzeczy. I tak nie przepadam za tą serią, ale sam mogę wymienić sporo jej zalet.

anigif_enhanced-27895-1410174662-2

Piąta seria jest w porządku (należę do mniejszości – a przynajmniej internet mi mówi, że to mniejszość – która lubi Dawn). Szósta jest równie dziwna co czwarta, choć z zupełnie innych powodów (w największym możliwym skrócie, po raz pierwszy nie ma żadnego apokaliptycznego zagrożenia na cały sezon, tematem serii są problemy codzienności, dorosłość i tak dalej; mi się podobało… w większości). Siódma jest, ogólnie, w porządku, choć oczywiście znalazłbym rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. Ale nie w tym rzecz.

Nie, to co próbuję przekazać, to: nawet, gdy Buffy jest kiepskim serialem, ma dużo zalet. Niektóre z moich ulubionych sekwencji z całego serialu kryją się w jednych z najsłabszych odcinków (np całe ostatnie dziesięć minut odcinka Family – s05e06).

Natomiast Angel… ojej, Angel.

Angel/Angelus/Liam, wampir na skutek przekleństwa obdarzony duszą, dostał swój własny serial w 1999 roku – emisja pierwszego sezonu rozpoczęła się w momencie, gdy startowała trzecia seria Buffy. Angel przenosi się do Los Angeles i zaczyna prowadzić własną walkę z siłami zła i ciemności. Zaczyna na własną rękę, po chwili ma już pierwszych sojuszników, m.in. trzecioplanową postać z Buffy.

Nie owijając w bawełnę, Angel zaczyna się koszmarnie. Wręcz tragicznie. Co prawda aktorzy mieli rozgrzewkę występując przez parę lat w Buffy, więc znają swoje postaci, ale za to scenarzyści nie mają pojęcia, co z nimi zrobić. W Buffy od początku wszystko jest na swoim miejscu, tylko te wszystkie elementy zaczynają grać dopiero w połowie pierwszego sezonu. Pierwszy sezon Angela jest niemal w całości do odstrzału – coś zaczyna się dziać dopiero w ostatnich paru odcinkach.

article-2570327-1BEA8B8700000578-119_634x584

Drugi sezon przynosi przełomową poprawę. Angel (postać) od swojego debiutu robi co może, żeby zadośćuczynić za to, co robił, zanim odzyskał duszę. Do tego dochodzi klątwa – ma duszę, ale jeśli kiedykolwiek będzie “prawdziwie szczęśliwy”, znowu ją straci, zmieniając się z powrotem w potwornego Angelusa. Te dwa zdania służą za podstawę niemal wszystkich wątków fabularnych Angela w obu serialach. (Na marginesie, bo trzeba to powiedzieć – Angel jest nudną postacią. Spike jest dużo lepszy.)

Drugi sezon Angela to jedyny moment, gdy twórcy biorą te dwa zdania i wyciskają z nich coś ciekawego. W skrócie – sprawdzają, jak mroczny może stać się Angel (postać),  nie zamieniając się z powrotem w Angelusa. A przy okazji ciekawie rozwijają postaci poboczne.

Dobra passa trwa wciąż w trzecim sezonie. O ile w poprzednim twórcy eksperymentowali z tym, jak bardzo mogą popchnąć Angela (postać) w stronę mroku, tak w trzeciej serii robią to niemal ze wszystkimi postaciami poza Angelem (postacią).

W czwartym sezonie serial dostaje czkawki. Konsekwentnie rozwijane postaci zaczynają nagle robić dziwne rzeczy, i choć stoją za tym mroczne siły wpływające na ich umysły, to nie zmienia tego, że rezultaty są dziwne. Jest to wszystko bardzo problematyczne, ale – ogólnie rzecz biorąc – to wciąż jest ten sam serial.

I tak dochodzimy w końcu do piątej serii Angela.

Ale najpierw cofnijmy się do początku. W serialu od pierwszego odcinka przewijała się demoniczna firma prawnicza, Wolfram & Hart. Od samego początku wiedzieliśmy, że są źli, ale przez cztery sezony nie dowiedzieliśmy się, dlaczego są źli, ani po co. Po prostu byli. Pomagali innym złym, i tyle. Poznaliśmy motywacje dwojga pracujących tam postaci, ale to były ich osobiste cele i pobudki, natomiast samo Wolfram & Hart pozostało enigmą.

W piątej serii Angel (postać) zostaje mianowany szefem regionalnego oddziału owej enigmatycznej złej firmy. I tak zaczyna się katastrofa, która wymyka się mojemu pojmowaniu. Oczywiście, mamy tu motyw korumpującej władzy, mamy filozofowanie na temat tego, czy można wykorzystać złe środki do dobrych celów. Mamy zakwestionowanie etosu superbohatera – w końcu Angel może wyjść nocą na miasto i uratować parę osób, ale jeśli siedząc w biurze ograniczy miesięczną działalność Wolfram & Hart o 0,01% uratuje tysiące ludzi. I tak dalej, i tak dalej.

Problem w tym, że to wszystko nie jest wykorzystane w żaden ciekawy sposób. Ani choćby zaskakujący sposób. Źli pozostają złymi, dobrzy pozostają dobrymi. Demoniczna biurokracja to dowcip na jedną scenę. Ale twórcy pokazują nam biuro pełne demonów w garniturach przez cały sezon, nie robiąc z tym nic więcej. Możemy za to obserwować przez ponad dwadzieścia odcinków, jak bohaterowie popadają w coraz głębszą frustrację. I zadają sobie pytanie “czy dobrze zrobiliśmy, przychodząc tutaj?”

Na które odpowiedź oczywiście brzmi “nie”. Ale czyż nie będziemy się dobrze bawić, obserwując, jak bohaterowie dochodzą do tego przez cały sezon?

Nie. Nie, nie będziemy.

Buffy-Angel-show-vampires-15859958-640-480

Whedon zresztą ma jakąś obsesję na punkcie tych złych środków, dobrych celów i przestrzeni biurowych – piąty sezon Angela najbardziej przypomina mi Dollhouse, gdzie Whedon przez dwa sezony próbował powiedzieć coś na ten sam temat, tylko zabij, nie jestem pewien co.

I tak to wygląda. Czekałem na piątą serię odkąd zacząłem oglądać Angela – wiedziałem, że Spike dołącza w tym momencie do stałej obsady. A kiedy już się doczekałem, tak bardzo odechciało mi się go oglądać, że przerobienie dwudziestu dwóch odcinków zajęło mi rok.

A mimo to… Są tu dobre momenty, znajdzie się nawet jeden czy dwa fajne wątki, a nawet kilka ogólnie dobrych odcinków. Przede wszystkim byłem bardzo pozytywnie zaskoczony finałem. Nie sądziłem, że po kompletnym wykolejeniu serialu twórcom uda się coś sklecić na koniec, ale ostatni odcinek wypada bardzo pozytywnie.

Trzeba by to jakoś podsumować. Buffy uwielbiam, pomimo wszystkich wad. Angel robi niesamowite rzeczy z – początkowo – niesamowicie nieciekawymi postaciami, i dlatego warto go obejrzeć. Ale tak ogólnie, w największym możliwym skrócie, może ze trzy z pięciu sezonów są naprawdę dobre.

*

W tym tygodniu to już wszystko. Jutro na stronie pojawi się ostatni odcinek dziennika z 80 Days, poza tym jakoś na dniach na Avalonie powinny się pojawić moje recenzje komiksów, do których będę linkował na naszej facebucznej stronie.

Tymczasem niezmiennie zapewniam, że każdy komentarz sprawi, że będę szczęśliwy jak, bo ja wiem, rzekotka na drzewie. Czy coś.

Tags: , , , , , , ,