Myszmasz na piśmie #7

3 komentarze

logo

Pomysł był taki, że nagramy odcinek z gośćmi – Catus Geekus i Oceansoul. Zamiast tego oglądaliśmy z nimi Daredevila. A następnego dnia jakoś się zapomniało o dyktafonie i nie było na co nagrać.

Bywa.

Nowiny i niespodzianki

12348023_948965528519227_3184525951975867155_n

Kto im te plakaty robi? Ależ one są brzydkie

Zostaliśmy uszczęśliwieni kolejnym zwiastunem X-Men: Apocalypse. Z którego nie wynika wiele ponad to, że… będzie to kolejny x-film Bryana Singera, ze wszystkim, co się z tym wiąże. Miejscami dziwnie wyglądające efekty specjalne, miejscami dziwnie przedstawione postaci, miejscami nienajlepsze dialogi… Nihil novi sub sole. A przy tym będzie to pewnie całkiem przyjemny film.

Ale na brodę Odyna, jak koszmarnie nieudane są te plakaty.

Komiks

okladka-200

Trzeci album z serii All-New X-Men (scen. Brian Bendis, rys. Stuart Immonen i David Lafuente) to, przede wszystkim, więcej tego, co jest największymi zaletami tytułu. Więcej dobrych dialogów i wrzucania niby to znanych postaci w nowe dla nich sytuacje. Co owocuje kilkoma naprawdę bardzo dobrymi scenami.

Niestety, przy okazji dużo wyraźniej widać tu również słabości Bendisa. Główna fabuła tomu jest bardzo pretekstowa – X-Men biją się tutaj z Mystique i jej grupą. Przy czym zanim do tego dojdzie działania Mystique nie mają z nimi nic wspólnego. A w ogóle do konfrontacji dochodzi tylko dlatego, że w grupie Mystique jest pani tworząca iluzje. I kiedy popełniają przestępstwa ukrywa grupę pod iluzorycznym obrazem X-Men.

Bez. Żadnego. Powodu.

To jest jedyny powód, dla którego X-Men na nią polują, a ona robi to bo… bo tak. Bo to jedyny sposób, jaki miał scenarzysta, by doprowadzić do konfrontacji? To jest naprawdę słabo pomyślane.

Mniejszą wadą – ale jednak wadą – jest to, że wydawane co miesiąc albo i jeszcze częściej komiksy nie zawsze dają się ładnie zamknąć w wydaniach zbiorczych, i to jest tego przykład. Pierwszy z pięciu numerów w tym albumie jest właściwie finałem poprzedniego (poprzedni kończył się cliffhangerem). Kolejne trzy to główna historia tego tomu. Ostatni to z kolei zamknięta opowiastka o bodaj pierwszym spokojnym dniu, jaki ci bohaterowie mają odkąd trafili do teraźniejszości. Bardzo przyjemna obyczajówka, fajnie rozwijająca postaci. Za to rysujący ją David Lafuente może nie przypaść do gustu wielu odbiorcom. Ma bardzo energiczny, kreskówkowy styl, przestylizowany, trochę przypominający mi, bo ja wiem, Scotta Pilgrima Briana Lee O’Malley’a?

Podsumowując – jeśli ktoś liczy na dużą, sensowną historię, z początkiem, rozwinięciem i finałem – w tym tomie jej nie znajdzie. Ale to wciąż kolekcja pięciu całkiem udanych zeszytów. Gdyby tylko antagoniści byli myślący.

Dłuższa recenzja ukaże się na dniach na Avalonie. Gdy to nastąpi, wrzucę ją na facebookowy fanpage podcastu.

Książka

mo-yan-kraina-wodki-okladka-2012-12-11-503x800

Porwałem się na chińskiego noblistę. Nie jestem pewien, kto wyszedł z tego starcia zwycięsko.

Kraina wódki to powieść składająca się z trzech, nazwijmy to, wątków. Czy może części? Każdy rozdział zawiera fragmenty każdego z trzech… segmentów. O, tak, trzymajmy się tego słowa. Segmenty. Początkowo za główny segment uchodzi historia śledczego Dinga Gou’era, wysłanego ze stolicy prowincji do tytułowej… no właśnie. Tytuł to “Kraina wódki”, ale tłumaczka powieści posługuje się terminem “Alkoholandia”. Nie wiem czemu mnie to drażni, ale drażni mnie strasznie. W każdym razie – Ding Gou’er trafia do Alkoholandii – regionu produkującego alkohole, siedziby Uniwersytetu Gorzelnictwa – by zbadać doniesienia o tym, jakoby miejscowi partyjni notable byli ludożercami zjadającymi małe dzieci.

Drugi segment to wymiana listów między znanym autorem Mo Yanem a Li Yidou, pochodzącym z Alkoholandii doktorantem alkohologii, początkującym pisarzem. W listach rozmawiają o pisaniu, alkoholach i piciu. Bo o czym by innym?

Trzeci segment to opowiadania Li Yidou dołączane do listów. Opowiadania – wg Li Yidou mocno oparte na faktach – dotyczą Alkoholandii i jej mieszkańców. Niektóre opisane tam postaci pojawiają się również w pierwszym segmencie – Ding Gou’er się z nimi spotyka.

Dalej akcja zapętla się jeszcze bardziej – nie tylko postaci z opowiadań pojawiają się na drodze Dinga Gou’era, ale i Ding Gou’er okazuje się postacią literacką, bohaterem pisanej przez Mo Yana powieści. Jego segment traci zresztą na znaczeniu, im bliżej końca tym ważniejszy staje się segment Mo Yana i Li Yidou. Na tym zapętlanie się nie kończy – narrator w rozdziałach Dinga łamie czwartą ścianę, postaci też komentują, że fabuła jest jak z taniego kryminału. Mo Yan narzeka, że powinien był wymyślić Dingowi lepsze zakończenie. Pojawia się również stosunek narratora segmentu Mo Yana – domyślnie: prawdziwego autora – do Mo Yana – bohatera książki. I pewnie wiele innych, jeszcze bardziej złożonych aluzji, które przeleciały mi nad głową.

To, mam nadzieję, odpowiada na pytanie “o czym to jest?” Może zdradziłem zbyt wiele, ale lepiej tak, niż gdybym miał Was zostawić z wrażeniem, że opisuję kryminał.

Kraina wódki jest o alkoholu i piciu, o upodleniu i odczłowieczeniu. Po części również o pisaniu. Jest absurdalna, groteskowa, niesmaczna, oniryczna i bardzo, bardzo abstrakcyjna. Miejscami zabawna, czasami… “przejmująca” nie jest najlepszym słowem, ale żadne bardziej pasujące nie przychodzi mi akurat do głowy. Cieszę się, że ją przeczytałem, ale nie będę ukrywał, że męczyłem się z nią. Choć im dalej, im robiło się bardziej abstrakcyjnie, tym czytało mi się lepiej.

Nie mam pojęciu, komu mógłbym ją polecić. Może tak: jeśli macie akurat ochotę na coś innego – w końcu dobrze jest czytać różne rzeczy, nie można ciągle siedzieć w swojej strefie komfortu – Kraina wódki jest… mocno inna.

Tylko przygotujcie się na długie opisy upijania się, bycia pijanym i skacowanym.

Serial

elektra-daredevil

Full, jak mawiał Mickiewicz, disclosure – w chwili, gdy piszę te słowa, mam za sobą “dopiero” dziesięć odcinków drugiego sezonu Daredevila. Na pewno będziemy mówić o serialu w najbliższym odcinku podcastu. Teraz mogę zaoferować tylko garść luźnych, bezspojlerowych przemyśleń.

Po pierwsze – tempo. Bardzo podoba mi się zabieg polegacjący na tym, by złożyć sezon z kilku mniejszych, mniej lub bardziej zazębiających się historii. Mógłbym pisać o kolejnych “aktach”, ale prawda jest taka, że pierwsze 4 odcinki to osobna historia – która później jest kontynuowana, ale przez kilka kolejnych co innego wysuwa się na pierwszy plan. I tak dalej. Bardzo mi się to podoba, bo dzięki temu każda mała historia ma swoje napięcie – swój początek, podbicie stawek i zakończenie. Dzięki temu ma je również cały sezon. W kontrze do, bo ja wiem, przykład pierwszy z brzegu, Jessici Jones, która opowiadała jedną, długą historię, rozpisaną na 13 odcinków – tylko nie miała materiału, by zapełnić wszystkie 13, i napięcie parę razy siadało.

Po drugie – postaci. Wiemy z pierwszego sezonu, że Matt, Foggy i Karen są grani przez świetnych aktorów, a przy okazji bardzo dobrze napisani. Tu jest tak samo. Do tego dochodzi znakomity Punisher. Zero zastrzeżeń.

Niestety, do Elektry mam mnóstwo zastrzeżeń. Nie podoba mi się to, jak napisano tę postać (nie zdradzę chyba bardzo dużo, pisząc, że w tej wersji Elektra jest bardziej szalona od Punishera). Nie podoba mi się również to, jak gra ją Elodie Yung. I nie bardzo mogę uwierzyć w jej relację z Mattem, tak jak ją tu pokazano. Może jeszcze coś się w tej sprawie zmieni, zobaczymy.

Wreszcie – brakuje, i to bardzo, antagonisty na miarę Kingpina. Punisher, choć świetny, nie jest taką postacią – zgodnie z komiksami, choć bywa przeciwnikiem Daredevila, sam jest raczej antybohaterem niż antagonistą. Matt, Frank i Elektra okładają więc różnych mniej lub bardziej przypadkowych frajerów – gangsterów, jakuzę i innych – ale nie ma żadnego Przeciwnika przez duże “P”, żadnej figury będącej kimś więcej niż byle przeszkodą na drodze bohaterów. Wśród tych złych nie ma nikogo, komu można by kibicować tak, jak czasami kibicowało się Kingpinowi.

(Nie licząc każdego zbira, który akurat walczy z Elektrą – tym w czasie seansu kibicowaliśmy z Myszą, Oceansoul i Megu/Catus Geekus bardzo entuzjastycznie.)

(Jak pisałem – miał być odcinek z gośćmi, było grupowe oglądanie Daredevila.)

Po trzecie – scenariusz. Już wspomniałem wyżej – mam problem praktycznie z całym wątkiem Elektry. Od kreacji postaci, po to, jak rozpisane są jej interakcje z Mattem. Sam Matt jest w tym sezonie bucowaty, ale gdy prowadzi to do konfliktów z Foggym przynajmniej dobrze się to ogląda.

Na razie chyba wystarczy. Reszta jest, jaka była. Świetna choreografia walk. Kłopotliwy kostium Daredevila. Dobre dialogi. Fajny, nienachalny humor. Jestem szalenie ciekaw tego, jak wypadnie finał.

(Dopisek po obejrzeniu finału: im bliżej końca, tym pomału przekonywałem się do Elektry. Więc moje problemy to jednak nie kwestia aktorki, tylko tego, jak napisano postać.)

Więcej o Daredevilu w najbliższym audioodcinku Myszmasza. Mam nadzieję, że mimo Wielkanocy uda nam się coś nagrać i wypuścić.

Tags: , , , , ,

  • FWG21

    Jestem na 6 odcinku i tak jak w pierwszym sezonie denerwowała mnie Karen i miałem nadzieję, że uśmiercą ją na początku drugiego, tak teraz jej nie cierpię. Tak głupiej trzpiotki już dawno na ekranie miałem “zaszczytu” oglądać, a jej hiperwentylacja jakiej dostanie gdy Matt jako adwokat mówi “mądre rzeczy” doprowadza mnie i moją lubą do szału.

    Co do Elektry to o ile miło mi się ją ogląda i pasuje mi jako aktorka to faktycznie niezła z niej psychopatka. Nie znam postaci ale chyba, że w komiksach nie była tak pokręcona nie ?

    Punisher natomiast “wygrał” ten sezon.

  • Łukasz Świniarski

    #IDŻ- ma cichą nadzieję, że w następnym tygodniu pojawi się kolejny MM 😀

  • illparazzo

    #IDŻ – szkoda że nie było odcinka podkastu, ale sam tekst też się przyjemnie przeczytało 🙂