Rosomak i przyjaciele

11 komentarzy

Screencaps-wolverine-and-the-xmen-19350704-1152-864

Zgodnie z zapowiedzią zmyślnie ukrytą w artykule o Batman Beyond, pora na animację ze stajni Marvela. Tym razem zajmę się serialem o połowę krótszym od BB. Po cichu liczę, że to oznacza o połowę krótszy tekst.

Przekonamy się.

Oto Wolverine and the X-Men.

logo

Chyba od początku oczywiste było, że przynajmniej jeden z tych tekstów będzie o iksmenach, prawda? Pytanie tylko, na którą animację miało paść. Wybór nie jest znowu taki duży.

 

Czy wszystkie te teksty będą się zaczynać od rysu historycznego?
Wolverine and the X-Men jest technicznie rzecz biorąc czwartą animacją o mutantach broniących świata, który ich nienawidzi i który się ich boi. „Technicznie rzecz biorąc” czwartą, bo kto by pamiętał pierwszą?

X-Men: Pryde of the X-Men (1989) to pojedynczy, 22-minutowy odcinek pilotażowy serialu, który nigdy nie powstał. Zaczyna się od przybycia młodej Kitty Pryde do Instytutu Xaviera. (Pokazywanie X-Men z perspektywy nowego członka grupy, kogoś, kto dopiero odkrył, że sam jest mutantem, to klasyka). Profesor Xavier przedstawia jej trenujących w Danger Room X-Men. Chwilę później muszą ruszyć na orbitę by rozprawić się z Magneto i jego Bractwem. Kitty oczywiście leci na gapę. Wszystko jest tu bardzo standardowe. Jako ciekawostkę można to obejrzeć na JuTubie. Z perspektywy kolejnych animacji dziwić może np. skład X-Men (Wolverine, Cyclops, Colossus, Storm, Nightcrawler i Dazzler), obecność Emmy Frost w Bractwie Magneto czy to, że to jedyna adaptacja, w której Kitty ma swojego przyjaznego smoka – Lockheeda.

Ale poważnie – jedyny powód, by pamiętać Pryde of the X-Men, to otwierająca odcinek piosenka.

Oraz mówiący z australijskim akcentem Wolverine. I narracja Stana Lee. Ale przede wszystkim piosenka.

Teraz nie będziecie w stanie jej zapomnieć. Nie ma za co.

 

X-Men: The Animated Series (1992-1997). Ach, klasyka. Serial który był pierwszym kontaktem z mutantami dla nieprzebranej liczby fanów, w tym i mnie. Łezka się w oku kręci.

Nie zestarzał się dobrze.

Animacja jest w najlepszym wypadku średnia. Starcia są albo średnie, gdy przeciwnicy strzelają do siebie różnobarwnymi rozbłyskami, albo kiepskie – przede wszystkim dlatego, że w walce wręcz wszyscy ruszają się ślamazarnie, ale również ze względu na Problem Wolverine’a. Nie da się dobrze pokazać postaci z pazurami w rękach, która nie może nigdy z tych pazurów skorzystać w walce z żywym przeciwnikiem. Do tego dochodzą głosy. Kilka jest dobrych – parę jest nawet zaskakująco dobrych. Ale wiele kreacji jest absurdalnie dramatycznych (Storm!), wiele jest udziwnionych bez powodu – tak bardzo słychać, jak aktorzy modulują głosy, i to tak bardzo niczemu nie służy. No i jest jeszcze ostatni, piąty sezon, który wygląda, jakby robiono go za ułamek budżetu. A mimo to…

13664header_banner2062129

A mimo to, wiele odcinków się broni. Niektóre są bardzo dobre – zwłaszcza kilka długich, rozpisanych na 4-5 odcinków historii. Powiedzieć, że to zasługa przepisywania wprost z komiksów, to umniejszyć zasługi scenarzystów serialu. Ale tak, wielokrotnie sięgali do komiksów, czasami adaptując je tak wiernie, że na ekranie widzimy sceny wprost z komiksowych kadrów. To z kolei doprowadziło do przeniesienia czegoś, co lepiej byłoby jednak po drodze zgubić, a mianowicie: kompletnego zagubienia odbiorcy. Komiksy o superbohaterach są skomplikowane, no bo jak mogą nie być, jeśli ciągną swoje historie przez pół wieku? Ale komiksy o X-Men nawet na tle innych superbohaterskich historii są spektakularnie skomplikowane. I takie bywało również TAS. Z jednej strony z założenia – niektóre wątki ciągnęły się przez cały sezon, czasami nawet dłużej. Z drugiej strony – jakoś tak przypadkiem wychodziło, że niektóre wątki urywały się w połowie, postaci będące w niejasnych relacjach z bohaterami pojawiały się na jeden odcinek i znikały, postać pokazana w retrospekcjach jako członek X-Men była w teraźniejszości przez tychże X-Men traktowana jak kompletnie obca osoba… Błędy, adaptowanie komiksowych historii bez zachowania komiksowej ciągłości czy choćby kolejności wydarzeń – to wszystko składało się na miejscami kompletnie niezrozumiałą całość.

Czyli, owszem, zupełnie jak w komiksach. Do tego skład grupy wyciągnięty wprost z ówczesnych komiksów (właściwie połączenie dwóch komiksowych grup), przedstawiony w ówczesnych kostiumach, i faktycznie rezultatem było coś prawie jak komiks na małym ekranie.

No a do tego jeszcze ten motyw przewodni…

 

X-Men Evolution (2000-2003) było czymś zupełnie innym. Twórcy odeszli od komiksów tak daleko, jak tylko się dało, by finalny produkt wciąż był rozpoznawalny jako X-Men. I, szczerze? To był dobry krok. Zwłaszcza dla animacji emitowanej ledwie trzy lata po zakończeniu X-Men TAS (które zresztą w Stanach, podobnie jak i u nas, jeszcze wiele lat później było powtarzane w telewizji). Tak też otrzymaliśmy Instytut Xaviera jako szkołę uzupełniającą dla młodych mutantów, uczęszczających jednocześnie do zwykłego liceum pełnego zwykłej młodzieży, przed którą musieli ukrywać swoje sekrety – istnienie mutantów wychodzi bowiem na jaw dopiero w połowie serialu.

Nie wszyscy bohaterowie są uczniami – profesor Xavier jest, oczywiście, nauczycielem, podobnie jak Wolverine, Storm i Beast. Zróżnicowanie wieku bohaterów do tego stopnia zaowocowało jedną z najlepszych zmian w stosunku do komiksów (i filmów, i pozostałych kreskówek) – dużo starszy od Jean Grey Wolverine nigdy nie zostaje przez scenarzystów wepchnięty w trójkąt miłosny z nią i Cyclopsem. Ta prosta zmiana niewiarygodnie procentuje, owocując dużo mniej irytującymi postaciami i bodaj najzdrowszą relacją Wolverine’a z Cyclopsem ze wszystkich dotychczasowych adaptacji.

X-Men-Evolution-x-men-6881987-660-498

Nie będę ukrywał, że nie jestem fanem Evolution. Przynajmniej nie w ujęciu, jakby to ująć… holistycznym. Uważam, że serial zaczyna się koszmarnie dziecinnie i, z drobnymi wyjątkami, po prostu koszmarnie. Drugi sezon jest trochę lepszy. Natomiast zmiana, jaka zachodzi w połowie serialu – wraz z ujawnieniem istnienia mutantów – jest niewiarygodna. Porównując odcinki z dziecinnymi wygłupami z pierwszego sezonu, z odcinkami z czwartego – gdzie mutant z widocznymi fizycznymi mutacjami próbuje zachować godność, robiąc zakupy w sklepie, a dotychczasowa szkolna gwiazda futbolu zwołuje kumpli z drużyny by linczować mutantów (czymś co wygląda jak wiertarki strzelające laserami, ale i tak…) – trudno uwierzyć, że to wciąż ten sam serial. Do tego mamy jeszcze porządny finał, z walką z Apocalypse’em – zagrożeniem powoli wprowadzanym od drugiego sezonu – i ładnym epilogiem, podsumowującym, co było i sugerującym, co będzie. Połowę Evolution lubię bardzo. Zresztą to po TAS już druga adaptacja, która w ramach happy endu wieszczy stałą współpracę X-Men z Magneto, a to dla mnie zawsze plus.

Każdy może w dowolnym momencie wyrobić sobie własne zdanie o X-Men Evolution – Marvel jest tak miłą bezduszną korporacją, że udostępnia cały serial za darmo na JuTubie.

 

Podsumowując, z jednej strony mamy serial, który bezpośrednio adaptuje komiksowe historie. Nawet, kiedy tego nie robi, stara się działać zgodnie z duchem oryginału. Z drugiej strony mamy zaś serial, który robi coś kompletnie innego, tworząc od podstaw własny świat, własną historię i redefiniując interakcje między postaciami.

Wolverine and the X-Men idzie po linie, balansując między jednym a drugim podejściem.

 

wolverinexmen

W dużym bezspoilerowym skrócie
Wolverine and the X-Men bierze różne wątki prosto z komiksów, zmienia szczegóły, i składa je do kupy w całość będącą czymś zupełnie innym. Serial miał tylko jedną, dwudziestosześcioodcinkową serię, która opowiadała jedną, długą historię. I to ta historia jest największą zaletą WatXM.

Problem w tym, że jest to historia, którą najlepiej poznać nie wiedząc o niej nic. Niestety, nie ma sposobu, żeby omówić zalety i wady serialu, nie zdradzając przynajmniej części fabuły.

Co mogę powiedzieć bez spoilerów? Historia jest bardzo dobra, choć niepozbawiona wad. Serial nie jest jedną, ciągłą historią – właściwie przez kilka dobrych odcinków można się nie zorientować, że mamy do czynienia z dużą fabułą. Poza tym kilka odcinków jest kompletnie oderwanych od głównej historii. Zbiegiem okoliczności, są to najsłabsze odcinki serialu.

Beast

Jeśli zwraca się uwagę na wszystkie szczegóły, można dojść do wniosku, że autorzy nie zwracali na nie uwagi, i niektóre rzeczy nie mają sensu. Ale to w sumie kwestia takich rzeczy, jak to, ile czasu minęło między pewnymi wydarzeniami, ile lat powinni mieć bohaterowie i tak dalej. Niby ważne, ale tak naprawdę można na nie przymknąć oko.

Trudniej przymknąć oko na finał, który – choć dobry – jest przeładowany wątkami. Tym bardziej, że w ostatnich kilku odcinkach pojawia się zupełnie nowy wątek. Serial żongluje w tym momencie o jedną piłką za dużo i na ostatniej prostej potyka się przed metą, ale – ostatecznie – nie wywraca. W przeciwieństwie do tej metafory.

Kompletnie nie da się przymknąć oka na animację i design postaci. Animacja jest… znośna. Wygląda trochę biednie, ale mogło być gorzej. Design postaci jest, jakby to ująć? Bardzo, bardzo kuriozalny. Ostatecznie można się przyzwyczaić. Jeśli wam się spodoba – super. Jeśli nie – dla bohaterów i fabuły warto oglądać dalej.

WolvieXForce

Postaci są dobrze napisane i świetnie zagrane. Wolverine Steve’a Bluma to klasyk, Cyclopsa dubbinguje król gier komputerowych – Nolan North, reszta obsady to też weterani grania głosem. Poza tym WatXM daje się wykazać postaciom, których nie widzieliśmy w poprzednich animacjach, a przynajmniej nie w dużych rolach, a te, które już widzieliśmy, często wpisuje w nowe relacje. Spośród wszystkich adaptacji, animowanych, kinowych i co tam jeszcze było, tutejszy Nightcrawler jest moim ulubionym.

Wreszcie, na wypadek, gdyby ktoś się tego obawiał – a po filmach o X-Men jest to powód do obaw – zapewniam, że Wolverine nie jest tu aż tak ważny, jak sugerowałby tytuł. To znaczy, owszem, jest ważny – ale, powiedzmy, jako pierwszy pośród równych. Serial nie kręci się wyłącznie wokół niego. Inne postaci również mają wątki fabularne ciągnące się przez wiele odcinków, więcej, patrząc na główną oś fabuły, to nie Wolverine jest najważniejszy. Choć bez wątpienia ma najwięcej czasu ekranowego.

W tym segmencie to już wszystko. Nie ma rady – aby omówić serial, muszę powiedzieć przynajmniej, z jakich elementów złożono jego fabułę. A naprawdę lepiej jest usiąść do Wolverine and the X-Men nie wiedząc nic. Polecam.

 

Dalej znajdują się SPOJLERY średniego i ciężkiego kalibru.

 

StormWolvieBeast

No więc o co tu właściwie chodzi?
W pierwszych scenach serialu widzimy typowy dzień w Instytucie Xaviera. Licznie zgromadzeni X-Men (głęboki wdech: Shadowcat, Colossus, Nightcrawler, Wolverine, Cyclops, Jean Grey, Beast, Rogue, Charles Xavier i Storm) zajmują się tym co zawsze, tj. albo trenują w Danger Room, albo się kłócą. Nagle budynkiem szkoły wstrząsa Tajemnicza Eksplozja.

Rok później, szkoła wciąż leży w ruinie. X-Men nie ma – grupa się rozpadła, a jej członkowie rozpierzchli się po świecie, po tym, jak w Tajemniczej Eksplozji zginęli/zniknęli Charles Xavier i Jean Grey. Wolverine-wagabunda podróżuje po kraju. Pechowe spotkanie z oddziałami MRD – Mutant Response Division, rządowej organizacji zajmującej się łapaniem, pacyfikacją i przetrzymywaniem niebezpiecznych mutantów – przekonuje go, że sprawy zaszły za daleko, a świat wciąż potrzebuje X-Men.

Po kilku odcinkach udaje mu się odbudować zespół, z nieco zmienionym składem. Przez większość serialu X-Men to: Wolverine, Beast, Shadowcat, Iceman, Storm, Cyclops, Emma Frost i zapewniający wsparcie techniczne Forge. Udaje im się odnaleźć pogrążonego w śpiączce Charlesa Xaviera. Profesor – i tutaj dochodzimy do clou serialu – jest w stanie komunikować się z nimi telepatycznie, z przyszłości, konkretnie – od dnia, w którym budzi się ze śpiączki.

Dwadzieścia lat później.

W postapokaliptycznym świecie zdominowanym przez Sentinele.

Działając w przyszłości – wraz z ówczesną inkarnacją X-Men – Xavier zdobywa informacje o tym, co doprowadziło do takiego strasznego stanu rzeczy, i przesyła je w przeszłość, aby „nasi” X-Men mogli temu zapobiec. Innymi słowy, Wolverine and the X-Men to Days of Future Past, rozpisane na 26 odcinków.

Na początek. Potem sprawy się komplikują.

 

Sentinels

Źli i jeszcze gorsi
W przyszłości zagrożeniem dla Xaviera i X-Men są Sentinele. Proste. W teraźniejszości X-Men muszą stawić czoła licznym, mniej lub bardziej wrogim siłom. W kolejności  przypadkowej są to:

– Senator Kelly, tradycyjnie w roli polityka  nawołującego do rejestracji i ścisłej kontroli mutantów. Kelly całym sercem popiera działania Mutant Response Division oraz będący w zarodku program Sentineli. Sam Kelly jest zaś popierany przez bogatego biznesmena, Warrena Worthingtona II – ojca Angela, który liczy, że rozwiązując problem mutantów, pomoże swojemu synowi. Worthington senior jest potencjalnie ciekawą postacią, jednak serial nie wykorzystuje tego potencjału. Dzieli z Angelem kilka bardzo dobrych scen, ale można było z nich wycisnąć więcej.

 

PolarisMags

– Magneto. Nie jest aktywnym przeciwnikiem X-Men – ma swoją wyspę, Genoshę, na której stworzył azyl dla mutantów z całego świata, i zdaje się być tym usatysfakcjonowany. Jednocześnie w sekrecie komunikuje się z działającym w Stanach Bractwem, więc wiadomo, że coś jednak ukrywa. W X-Men Evolution widzieliśmy odrobinę relacji Magneto z dziećmi – w tym absurdalnie koszmarne manipulowanie wspomnieniami Scarlet Witch. W Wolverine and the X-Men jest tego więcej, i jest to ciekawsze, ponieważ serial poza wspomnianą dwójką  pokazuje również jego relacje z Polaris. I tak, w uproszczeniu, dla Quicksilvera Mags jest wymagającym, wiecznie niezadowolonym ojcem, Scarlet Witch szkoli na swoją następczynię, a Polaris jest delikatnym kwiatuszkiem, który musi chronić przed światem. O ile nie przepadam za tą wersją Magneto – ostatecznie jest za bardzo zły, jak na mój gust, wolę go jako antybohatera, którym był w TAS i miejscami w Evolution – o tyle możliwość obserwowania Magneto w trzech różnych ojcowskich rolach jest fantastyczna.

– Bractwo Mutantów, kierowane nominalnie przez Quicksilvera. Terroryści lub bojownicy o prawa mutantów, jak kto patrzy. W przeciwieństwie do wersji z Evolution, bywają kompetentni. Ciekawie wypada Domino – bodaj najrozsądniejsza członkini Bractwa, a w postapokaliptycznej przyszłości – członkini X-Men nastawiona sceptycznie do Xaviera. Bractwo odgrywa również dużą rolę w historii Rogue, o czym więcej za moment.

Mr._Sinister

– Sinister, grany przez Clancy’ego Browna (Kurgan z „Nieśmiertelnego”, głos Lexa Luthora w DCAU, a ostatnio szeryf Corbin w „Sleepy Hollow”). Jak to Sinister ma w zwyczaju, głównie chowa się po kątach i planuje. Odgrywa ważną rolę w historii Angela, poza tym jednak był w serialu głównie po to, by wprowadzać wątki, które miały być eksplorowane w drugim sezonie. Który nie powstał. Co trochę unieważnia jego rolę w serialu. Ale i tak, Clancy Brown jest rewelacyjny. Wygłasza monolog w odcinku „eXcessive Force” (S01E12; przy okazji – tak, to jest pisownia tytułu, którą wybrali twórcy; oczywiście, że tak), który jest moją ulubioną sceną z Sinisterem ze wszystkich mediów, wliczając w to komiksy.

– Program Weapon X, niestety. Niestety, bo przeszłość Wolverine’a była eksplorowana w każdej możliwej adaptacji, i Wolverine and the X-Men nie bardzo może coś tu dodać. Twórcy trochę mieszają, wiążąc Mystique z Weapon X, ale ostatecznie niewiele z tego wychodzi. Szczęśliwie Weapon X pojawia się tylko w dwóch odcinkach. I znowu, coś więcej by z tego wątku wyszło w drugim sezonie, gdyby powstał. Ale o ile Sinister jest zaletą samą w sobie, Weapon X nią nie jest. Dostajemy nudnego Sabretootha, nudnych naukowców z Programu i kuriozalną wersję X-23, której również twórcy nie mieli czasu rozwinąć.

 

Do tego dochodzi jeszcze jedna grupa przeciwników, o której więcej będzie, gdy będę omawiał finał. Poza tym jest jeszcze garść pojedynczych antagonistów, mniej lub bardziej ciekawych. O jednym z nich również będzie później, z pozostałych na wzmiankę zasługuje Gambit. Podobnie jak to było w X-Men Evolution, twórcy postanowili umieścić Gambita w szeregach Ciemnej Strony Mocy, choć tak jak i tam, nie jest do szpiku kości zły. I podobnie jak tam – to dobra decyzja. Ciemna Strona Mocy to dobre miejsce dla Gambita. Wciąż jestem fanem postaci, ale z biegiem czasu utwierdzam się w przekonaniu, że Gambit ma więcej sensu gdy jest przedstawiany jako antagonista, niż bohater.

Gambit

Regularnie powtarzający się antagoniści występują nie tylko w relacji z X-Men – obserwujemy również działania Bractwa przeciw MRD, krzyżujące się intrygi Kelly’ego i Magneto czy sposoby, w jaki ten ostatni wykorzystuje Bractwo. Mamy do czynienia z całkiem ciekawą siecią powiązań i zależności.

Dlatego tym bardziej żałuję, że twórcy nie poświęcili nieco więcej czasu na przedstawienie realiów świata, w którym to wszystko się rozgrywa. Bo co właściwie mówi o Stanach Zjednoczonych i tamtejszych prawach obywatelskich istnienie MRD, które najwyraźniej może zgarniać z ulicy kogo chce? A skoro o tym mowa, to czy MRD zgarniają wszystkich mutantów, czy tylko takich, którzy stwarzają zagrożenie dla innych? Serial sugeruje, że wszystkich, co prowadzi do kolejnych pytań. Innymi słowy – biorąc pod uwagę, z jak złożonymi relacjami pomiędzy różnymi postaciami i organizacjami mamy do czynienia, chciałoby się, by tło, na którym te postaci i organizacje działają było nieco mniej abstrakcyjne. Niestety, po pierwszym odcinku X-Men nie mają praktycznie żadnych interakcji z normalnymi ludźmi – to jest, ludźmi nie powiązanymi z Kellym, MRD lub Weapon X.

 

wolverine_spotlight

Równi i równiejsi
Pisałem wcześniej, że Wolverine wbrew tytułowi nie jest w tym serialu najważniejszy. To prawda. Niestety, mimo to ma najwięcej czasu ekranowego, co owocuje paroma najbardziej jałowymi odcinkami. Ale nawet, gdy odcinki nie dotyczą Wolverine’a, tylko wszystkich X-Men, Wolverine regularnie jest na pierwszym planie. Co nie byłoby takie złe, gdyby Wolverine miał w tym serialu jakąś historię. Niestety, pod koniec jest w gruncie rzeczy tą samą postacią, co na początku. Odrobinę zmienił się jego stosunek do niektórych bohaterów, jest trochę lepszym dowódcą i dowiedział się nieco o swojej przeszłości. Steve Blum gra go fajnie, ogólnie Wolverine’a się dobrze ogląda – ale to nie zmienia tego, że po prostu nie jest interesujący. I to obciąża serial, biorąc pod uwagę, że 4 z 26 odcinków są wyłącznie o Loganie, a w kilku kolejnych – będących częścią głównej historii serialu – jest centralną postacią.

Tyle tylko, że to samo można powiedzieć o prawie każdej adaptacji X-Men. Wolverine and the X-Men po prostu tego nie ukrywa.

MarrowRover

Tyle Wolverine. Prawie cała reszta X-Men – zarówno w teraźniejszości, jak i w przyszłości – jest bohaterem zbiorowym. Przy czym większość postaci jest na tyle charakterystyczna i dobrze zagrana, że nie jest to problemem. Dobrze się ich ogląda, kiedy są na ekranie, ale nie tęskni się za nimi, kiedy ich nie ma. Przyszłościowi X-Men wypadają pod tym względem trochę gorzej – parę postaci dostaje charakter i małe rólki, ale o kilku trudno cokolwiek powiedzieć. Berzerker, Kamal, Vanisher – to w zasadzie po prostu imiona i kilka demonstracji mocy. Przy czym imiona musiałem sprawdzić w internecie.

X-Men z teraźniejszości są całkiem nieźle zdefiniowani – z wyjątkiem Storm. Jest w tym serialu, ale jakby jej nie było. Trudno o niej cokolwiek powiedzieć. Ma fajne sceny z Angelem, ale nawet tutaj mamy do czynienia z zasugerowaną relacją, a nie czymś, co faktycznie znalazło się w serialu. Technicznie rzecz biorąc jeden odcinek jest jej poświęcony, ale spędza go opętana, więc znowu – jakby jej nie było. Przy czym do pewnego stopnia to rozumiem –  gdyby Storm była wyraźniej zarysowana, a przynajmniej – gdyby była zarysowana zgodnie ze swoim komiksowym charakterem, byłaby dużo lepszą kandydatką na przywódcę niż Wolverine. A tak Wolverine może wejść w tę rolę, bo nikt inny się nie nadaje.

StormAngel2

 

Pisałem wcześniej, że Wolverine jest w tym serialu pierwszym pośród równych. Kim więc są ci równi, skoro Wolverine’a jest najwięcej, a X-Men są bohaterem zbiorowym? Zacznijmy od postaci, która w każdej innej interpretacji byłaby domyślnym przywódcą.

 

Cyclops Noir

Cyclops w Wolverine and the X-Men jest… To trzeba zobaczyć. Zacznijmy od tego, że rok po Tajemniczej Eksplozji Wolverine znajduje go zapijaczonego w hotelu. No dobrze, nie jest dosłownie zapijaczony – to w końcu kreskówka, i to nie ze stajni DC – ale jest nieogolony i zgorzkniały. Wolverine and the X-Men robi z Cyclopsa bohatera filmu noir. Summers stracił Jean Grey, a wraz z nią – sens życia. Po tym, jak X-Men odnajdują żywego Xaviera, Scott resztę serialu spędza przekonany, że Jean również gdzieś tam jest. I tu pojawia się kolejny ciekawy zabieg – Wolverine and the X-Men odwraca tradycyjną (znaną ot choćby z X-Men TAS) relację Logana i Scotta. Tutaj to Cyclops jest tym impulsywnym, rzucającym się na przeciwnika twardzielem, którego Wolverine musi doprowadzać do porządku. I jest to fantastyczne.

Jeszcze a propos bohatera filmu noir – przez większość serialu Cyclops chodzi w prochowcu. Niestety, narzuca go na kostium, i jest to kombinacja która się nie sprawdza. Ale i tak – plusik za dobre chęci. Przejdźmy dalej.

 

RogueThatHair

Rogue. W Wolverine and the X-Men kluczowe dla tej postaci są dwa elementy, które widzieliśmy w innych wersjach. Po pierwsze, komiksowa Rogue debiutowała jako członkini Bractwa Zlych Mutantów (Mystique Edition – bodaj trzecia inkarnacja grupy) i przeciwniczka X-Men. Wykorzystano to już w X-Men Evolution, gdzie Rogue dopiero po kilku odcinkach przechodzi na stronę X-Men, nawet wspomniano o tym w jednym czy dwóch odcinkach X-Men TAS. Po drugie, Wolverine and the X-Men pożycza filmową relację Rogue i Logana, tj Logan jest tu dla Rogue zastępczym ojcem. I znowu, jest to relacja o której się dowiadujemy, i w zasadzie tyle – ale w tym wypadku to plus, bo to tylko punkt wyjścia. Po Tajemniczej Eksplozji Wolverine idzie się szwendać, a Rogue jest rozgoryczona tym, że w takiej chwili porzucił X-Men. I tu następuje kolejne odwrócenie znanego schematu – w Wolverine and the X-Men Rogue zaczyna jako X-Manka, a następnie dołącza do  Bractwa.

W interakcjach z Rogue dobrze prezentuje się Domino – jedna z postaci, których dotąd praktycznie nie widzieliśmy na małym ekranie (miała cameo w X-Men TAS, ale – jeśli dobrze pamiętam – bez żadnych kwestii). Domino jest w stanie przedstawić Bractwo Rogue jako rozsądną alternatywę. To dzięki niej Bractwo jest w tym serialu czymś więcej niż tylko przeszkodą na drodze X-Men.

 

1

Profesor Xavier. Obudzony w przyszłości Xavier robi to, co potrafi najlepiej – szuka ludzi, którzy będą za niego walczyć. A przy okazji udziela paru lekcji, i nawet sam się czegoś uczy. Ponadto jest w miarę swoich możliwości bohaterem akcji, a to znowu coś, czego dotąd nie widzieliśmy na ekranie – może z wyjątkiem „X-Men: First Class”.

Xavier trochę traci na tym, że X-Men przyszłości są nieco nijacy. Najlepiej wypada w interakcjach z postaciami, które nie zakładają automatycznie, że jest wielkim mędrcem – a więc z Domino i Marrow (czy też Sarą – nie pamiętam, czy serial korzysta z jej pseudonimu). Szkoda, że z Domino ma niewiele scen.

 

FrostyTheTelepath

Emma Frost. Dołącza do X-Men na własne życzenie, i w sobie tylko znanym celu. Wolverine jej nie ufa… i tu pojawia się mały problem. Wolverine and the X-Men regularnie sugeruje, że X-Men mają w tym świecie bogatą historię. Część tej historii poznajemy, część jest tylko zasugerowana. Przeszłość Emmy zostaje zasugerowana w najdelikatniejszy możliwy sposób, i postać trochę na tym traci. Przydałoby się więcej informacji. Emma spędza większość serialu, próbując zbliżyć się do Cyclopsa, ma również rolę do odegrania w finale, o czym więcej – wszyscy razem – później. Mam pewne wątpliwości odnośnie finału, ale i tak, wszystkie zastrzeżenia nie zmieniają tego, że Emma jest świetna. Dobrze napisana, dobrze zagrana, absolutnie niewzruszona w obliczu warczącego Wolverine’a – Emma Frost to niezbędny dodatek do X-Men. Jeśli czytają to osoby, które znają tę postać tylko z „X-Men: First Class” – tym bardziej obejrzyjcie Wolverine and the X-Men. Uwielbiam „First Class”, ale Emma była tam spartaczona.

 

KurtWanda

Nightcrawler. Wspominałem już, że spośród wszystkich adaptacji, to jest moja ulubiona, najbliższa komiksowej wersja Kurta. Kiedy widzimy go po raz pierwszy po Tajemniczej Eksplozji, wkrada się na statek szmuglujący mutantów na Genoshę. Mimo oferty powrotu do X-Men, Kurt postanawia upewnić się, że owi mutanci bezpiecznie tam trafią. W ramach swojego wątku ma okazję pobawić się w pirata, romansować ze Scarlet Witch i stawić czoła Magneto. Jest tu wszystko, czego oczekuję od historii z Kurtem. Oczywiście, chciałbym więcej, ale biorąc pod uwagę, że Kurt jest głównym bohaterem trzech odcinków, przemawia przeze mnie zachłanność.

Przy okazji, od pierwszej wspólnej sceny Nightcrawlera i Scarlet Witch oczekiwałem, że w przyszłości choć na moment pojawi się Nocturne, ale nic z tego.

Nightcrawlera dubbinguje Liam O’Brien, i choć robi to bardzo dobrze – przede wszystkim udaje mu się nie wyolbrzymiać udawanego niemieckiego akcentu do karykaturalnych rozmiarów – to wspominam o nim głównie dlatego, że pan O’Brien podkłada również głos pod kolejnego bohatera tej wyliczanki.

 

StormAngel

Angel (w tej roli Liam O’Brien; Angel i Nightcrawler występują w jednym odcinku, ale nie ma sceny, w której by ze sobą rozmawiali) spędza większość serialu u boku swojego nie cierpiącego mutantów ojca. Po kryjomu wspiera X-Men finansowo, przekazuje im również informacje o planach Kelly’ego i Worthingtona seniora. Interesująca pozycja, z którą jednak serial nie robi wiele. Do czasu.

Nie wiem, czy pamiętacie przemianę Angela w Jeźdźca Śmierci – Archangela pokazaną w X-Men TAS? Była beznadziejna. Raz, że w tamtym serialu twórcy nie mogli się zdecydować, czy Angel był X-Manem, czy nie, i tak w kluczowym momencie – tuż po przemianie – X-Men reagowali, jakby go nie znali. Dwa – w X-Men TAS przemiana dokonuje się podstępem. Angel zapisuje się do kliniki leczącej mutację, klinika jest w rękach Apocalypse’a, Apocalypse przerabia mutantów, którzy dali się nabrać, w swoich Jeźdźców.

AngelRebirth

Wolverine and the X-Men w tym jednym wypadku bierze rozwiązanie wprost z komiksów. Ubezwłasnowolniony Angel traci swoje skrzydła w najlepszym odcinku serialu, po czym – zdesperowany, załamany – zawiera układ z diabłem, by je odzyskać. W tej wersji jest to Sinister. Kolejnym sukcesem Wolverine and the X-Men jest ukazanie Archangela po przemianie jako naprawdę groźnego przeciwnika. A jednocześnie wciąż jest to tragiczna postać. Więc tak – wątek Sinistera ostatecznie prowadzi donikąd, ale daje nam i fantastycznego Sinistera, i znakomitego Archangela.

Wolverine and the X-Men #119 "Guardian Angel" On Nickelodeon.--Faced with the increasingly callous MRD crackdown on mutants, Angel has become a vigilante, helping hapless mutants escape capture. But this causes severe friction between Angel and his father, Warren Sr. and when Angel finds that Worthington Pharmaceuticals is developing a mutant Òcure,Ó itÕs the last straw. Seeing that he canÕt talk sense into his son, Warren Sr. calls the MRD on him. Unfortunately, during the capture, Angel is badly injured, and his wings are broken. Deprived of the use of his wings, Angel will do anything to fly again, even if it means turning to the malevolent Mister Sinister for help. Photo: MARVEL

 

Podsumowując, ciekawych postaci i wątków mamy tu sporo. Niestety, każda z wymienionych przed chwilą postaci jest ciekawsza i bardziej dynamiczna od tytułowego bohatera. Z drugiej strony, można to odbierać nie jako słabość Wolverine’a, co dowód siły tych postaci i scenariusza w ogóle. A ponieważ prawdziwe problemy tego serialu jeszcze przed nami, przyjmijmy tę optymistyczną interpretację.

 

TurnThatFrownUpsideDown

Ile dziegciu w tej beczce?
Zacznijmy może od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Niby już o tym wspominałem, ale warto to powtórzyć. Design postaci jest dziwny. Dziwne sylwetki, dziwne twarze… Iceman, który urwał się z anime, grzywko-czułki Wolverine’a, zmarszczki Xaviera… Wszystko Storm…

StormXavier

Ostatecznie można się do tego przyzwyczaić, ale polubić – trudno. Problemy z animacją nie ograniczają się do tego. Sceny często ograniczają się do kilku postaci i nijakiego tła – zwłaszcza te ostatnie często są pozbawione szczegółów. Każdy żołnierz MRD poza dowódcą to jedna postać – mają identyczne mundury, hełmy i podbródki. Normalnie atak klonów. Wszystko to wprost krzyczy „oszczędności”.

ShadowcatConceptArt

Na szczęście płynność animacji jest niczego sobie. Ruch wygląda dobrze, niektóre walki są całkiem fajne. Niestety, tutaj z kolei mamy do czynienia z Problemem Wolverine’a, znanym z TAS i Evolution. Snikt, snikt, wysunięte pazury, i dalej, mocować się z przeciwnikiem za bary, albo kopać go po kostkach, bo przecież broń Thorze, żeby Wolverine miał tymi pazurami kogoś drasnąć. Problem Wolverine’a jest nie do obejścia.

Żeby było śmieszniej, Problem Wolverine’a najwyraźniej dotyczy wyłącznie Wolverine’a. W odcinku „Code of Conduct” (S01E17) Rogue wchłania umiejętności pokonanego wojownika ninja, uzbraja się w dwie katany, deklaruje „I’ve just learned bushido” i ewidentnie tnie tymi katanami kolejnych ninja. Tuż poza kadrem, ale sugestia – wraz z efektami dźwiękowymi – jest jednoznaczna.

Na marginesie, o ile mi wiadomo bushido to kodeks etyczny, a nie sztuka walki, ale nie czepiajmy się szczegółów.

 

Jak ostatecznie ocenić animację? Jest średnia, ot i tyle. Co jakiś czas pojawiają się lepsze sekwencje i lepiej zaprojektowane postaci, niektóre efekty mocy (np. promienie Cyclopsa) są bardzo ładnie zrobione, ale ogólnie – nie jest to serial, który ogląda się ze względu na to, jak wygląda.

FrostWolvie

Kolejnym problemem są nieścisłości, dziury fabularne i błędy logiczne. Właściwie można je przełknąć łatwiej, niż animację, ale mimo to – warto o nich wspomnieć. Oczywiście, cały serial zbudowano na minie logicznej, której nikt nawet nie próbuje wyjaśnić. Xavier nadaje z przyszłości. (Jak? Telepatia wzmocniona Cerebro. Nie zadawaj głupich pytań! Lekcje odrobione?) A jednak – ponieważ trzeba jakoś zbudować napięcie – z niewytłumaczalnych powodów podlega tym samym ograniczeniom czasowym, co bohaterowie w teraźniejszości. Jeśli ostrzega ich o czymś, co „wydarzy się za trzy dni”, to z jakiegoś powodu o którym nikt się nie zająknął nie może później ponownie połączyć się z nimi „trzy dni przed wydarzeniem”. Czas dla Xaviera płynie w tym samym tempie, co dla X-Men z teraźniejszości, i profesor nie może połączyć się z nimi w żadnym innym punkcie niż 20 lat przed tym konkretnym momentem, w którym właśnie się znajduje.

Więc tak – trzeba przymknąć oko na podstawowy trik fabularny, który towarzyszy nam przez cały serial.

Do tego dochodzą inne problemy związane z historiami o podróżach w czasie – to, kiedy w przyszłości można zaobserwować zmiany nie ma żadnego sensu (tj przyszłość zmienia się wtedy, kiedy w teraźniejszości wydarzy się coś dramatycznego, i mniejsza o logikę). To, jakim sposobem Xavier pamięta, że zaszły jakieś zmiany, pozostaje niewyjaśnione. I tak dalej, i tak dalej.

flashback

Na kwestie związane z czasem nakładają się inne, drobniejsze problemy. I tak na przykład widzimy retrospekcję z młodymi X-Men, ale o ile Iceman w retrospekcji jest może parę lat młodszy od Cyclopsa i Beasta, o tyle w teraźniejszości wydaje się od nich młodszy o kilkanaście lat. Relacje Wolverine’a z resztą obsady stawia pod znakiem zapytania to, że jeden z odcinków sugeruje, że Wolverine po raz pierwszy pojawił się w Instytucie ledwie parę dni przed Tajemniczą Eksplozją. I tak dalej, i tak dalej. Detale, które trzeba zignorować, bo ewidentnie nie pasują do całej reszty serialu.

 

Na koniec weźmy się za finał, o którym wspominam ukradkiem niemal od samego początku tego tekstu.

Przy okazji, to ostatnia chwila, by uniknąć najcięższych SPOJLERÓW. Aczkolwiek jeśli dotarliście aż tutaj, to pewnie jest wam już wszystko jedno.

DazzleDazzle

Jak już pisałem, główny wątek fabularny Wolverine and the X-Men to po prostu Days of Future Past. Do tego oczywiście dochodzą ambicje Magneto, chaotyczne działania Bractwa i metodyczne biurokratyczne zło zwykłych ludzi (Kelly, Worthington i MRD). Nie wspominam w tym momencie o Weapon X i Sinisterze, bo skupiamy się wyłącznie na głównej osi historii – to wszystko to podstawowe elementy fabuły Wolverine and the X-Men. Sporo, ale jeszcze nie mamy do czynienia z przeładowaniem.

Nie, to pojawia się dopiero w ostatnich kilku odcinkach. Odkryjmy ostatnich kilka kart: Jean Grey również żyje. Tajemnicza Eksplozja została wywołana, gdy zamanifestowała moc Feniksa (w tej wersji będącego kosmiczną siłą, która co jakiś czas znajduje potężnego telepatę, by się z nim symbiotycznie związać). Tę pechową manifestację wywołała, przypadkiem, Emma Frost, próbująca na zlecenie Wewnętrznego Kręgu Hellfire Club przejąć kontrolę nad Feniksem. Nie wyszło, stąd eksplozja. Po odtworzeniu X-Men Emma dołączyła do nich jako wtyka Kręgu, by przy pomocy X-Men ponownie znaleźć Jean Grey.

Vertigo

Ale jak to – Wewnętrzny Krąg? Ano tak, na trzy odcinki przed końcem debiutuje nowa grupa przeciwników, i to oni odpowiadają za dramatyczny finał. Oni i Feniks. I to są właśnie te dwa grzyby w barszcz za dużo, ta piąta i szósta kucharka, przez które nie ma co jeść, ta koszmarna metafora, która nie chce umrzeć, to zdanie, które nie może się skończyć. Sama zdrada Frost jest w porządku – wiadomo było, że dołączyła do X-Men w jakimś celu. Również jej kolejna zdrada – gdy staje przeciwko Kręgowi po stronie X-Men – jest zrozumiała. Ale sama obecność Kręgu i Feniksa to zbyt wiele.

Może się wydawać, że trzy finałowe odcinki to całkiem sporo, by rozsądnie wprowadzić to nowe zagrożenie, wyjaśnić je i pozwolić bohaterom się z nim uporać. I może by tak było, gdyby te trzy odcinki były poświęcone wyłącznie temu. Ale jednocześnie mamy również do czynienia z finałem intryg Magneto i starciem z armią Sentineli – zarówno w przyszłości, jak i w teraźniejszości – i tego jest po prostu za dużo. Niewiele za dużo, ale trochę za dużo.

Odrobinę za dużo.

MagnetoWanda

A propos Magneto – ostatecznie nie lubię jego wersji z Wolverine and the X-Men, bo dla spełnienia swoich ambicji jest gotów poświęcić oddanych mu mutantów. Ambicje ambicjami, ale Magneto wzruszający ramionami na śmierć swoich braci i sióstr mutantów to nie mój Magneto.

A propos śmierci – tak jak w wypadku Rogue po kryjomu siekającej ninja, serial przemyca kilka ewidentnych zgonów gdy Sentinele atakują mutantów. Warte odnotowania, biorąc pod uwagę, że to jedyne wypadki w całym serialu.

 

Mimo wszystkiego co wyżej wymienione, ścisły finał serialu – samo rozwiązanie zagrożenia, podsumowanie wydarzeń i epilog – są bardzo dobre. Finał może i jest przeładowany, może Krąg i Feniks zostają potraktowane po łebkach, ale jak już mówiłem – ten sprinter może i potyka się na ostatniej prostej, ale nie upada, przeciwnie, dobiega do mety krokiem tryumfującego pingwina i o mój Thorze co się stało z tą metaforą.

(Przy okazji, skoro o nadmiarze wątków mowa – w następnym tekście zajmę się serialem, który imploduje od nadmiaru wszystkiego.)

 

Ostateczny werdykt – Wolverine and the X-Men ma wiele problemów, ale to i tak najlepsza animacja o X-Men. Bardzo lubię ten serial, co powinno być oczywiste – nie pisałbym o nim tyle, gdybym go nie lubił.

 

Oczywiście, jest jeszcze jeden problem. Wspominałem o nim już wielokrotnie, wspomnę jeszcze raz. Powstał tylko jeden sezon. Produkcja drugiego rozkręcała się, gdy zapadła decyzja o tym, by nie kontynuować serialu. Oznaczało to, że wątki Weapon X, Sinistera i – przede wszystkim – Archangela pozostały otwarte. Co gorsza, serial kończy się okrutnym cliffhangerem. X-Men nie dopuścili do tego, by Sentinele zawładnęły światem, ale to nie oznacza, że przyszłość jest już bezpieczna. Xavier gratuluje telepatycznie swoim podopiecznym, po czym mówi, że przed nimi jeszcze sporo pracy.

A potem widzimy króciutką scenkę z przyszłości, w której teraz znajduje się Xavier. Przyszłości, rządzonej przez Apocalypse’a.

AoA

I teraz z jednej strony rwę sobie włosy z głowy, że nigdy nie zobaczymy tej wizji (zwłaszcza rozpisanej na kolejne 26 odcinków), a z drugiej – łamię tę głowę, próbując sobie wyobrazić, jak wyglądałoby wyjątkowo brutalne Age of Apocalypse przepisane na standardy marvelowej animacji.

 

Takie tam na koniec
Technicznie rzecz biorąc Wolverine and the X-Men jest częścią mikrego animowanego uniwersum, w którego skład wchodzi niepełnometrażowa animacja „Hulk Vs Wolverine” i serial „Avengers: Earth’s Mightiest Heroes”.

„Hulk Vs Wolverine” to niezbyt długi film – jeden z dwóch wydanych jako „Hulk Versus” (drugim filmem na tej samej płycie było „Hulk Vs Thor”) – którego akcja toczy się przed Wolverine and the X-Men. Powstał przed serialem. W jednym odcinku serialu pojawia się Hulk, jest tam również mowa o jego poprzednim starciu z Wolverine’em, ale nie ma to dużego znaczenia dla fabuły. Choć żeby było zabawniej film był brutalniejszy od serialu –  tam nie było Problemu Wolverine’a.

„Avengers: Earth’s Mightiest Heroes” powstało po Wolverine and the X-Men. X-Men nie występują w tamtym serialu. Wolverine pojawia się w dwóch odcinkach, raz można wyłapać wzmiankę o MRD – i to w zasadzie wszystko.

Uniwersum niby jest, a jakby go nie było.

 

Posłowie
„Zajmę się serialem o połowę krótszym, po cichu liczę, że to oznacza o połowę krótszy tekst.”

Ha, ha.

Nie.

 

BlinkConceptArt

Extras
Marvel we współpracy z japońskim studiem Madhouse zrobił kilka krótkich seriali anime. Między innymi w 2011 roku powstały seriale “Wolverine” i “X-Men”. Nie były szczególnie dobre, wspominam o nich z kronikarskiego obowiązku – a także po to, by wspomnieć o Japonii.
A skoro o Japonii mowa – nacieszcie oczy alternatywnymi, japońskimi intrami do X-Men TAS. Są nieziemskie.

Tags: , , , , , , ,