Dziennik z linii frontu: Wojna nigdy się nie zmienia?

2 komentarze

Ziemię zaatakowali kosmici. Koalicja szesnastu sprzymierzonych państw, od Argentyny po Wielką Brytanię, zrzuciła się na elitarny oddział szybkiego reagowania XCOM. Przed żołnierzami XCOMu stało proste zadanie: ocalić planetę.

Zawiedli.

Dwadzieścia lat później grupa buntowników, wykolejeńców i straceńców kontynuuje ich walkę. Czy zdołają sprawić, by obcy najeźdźcy i ich ziemscy kolaboranci ponownie zaczęli obawiać się nazwy XCOM?

Zasady niniejszego dziennika:

  1. Gram na normalnym poziomie trudności, w trybie Iron Man – nie mam możliwości ładowania poprzednich stanów gry. Jeśli ktoś zginie – ginie na zawsze.
  2. Troje żołnierzy nosi imiona moich towarzyszy z Myszmasza i moje.
  3. W każdej misji musi brać udział przynajmniej jeden z „naszych” żołnierzy, o ile są dostępni.
  4. Dziennik zakończy się gdy wygram, przegram lub stracę ostatniego żołnierza z naszej trójki.
  5. Nudziło mi się, więc postanowiłem tym razem pisać z perspektywy „mojego” żołnierza.

1 marca 2035

Mamy nową dowódczynię. Czy raczej – znowu mamy starą dowódczynię. Choć mam problem, by pisać tutaj „my”. Z całej bazy tylko komendant Bradford ją pamięta. To ona dowodziła XCOMem w 2015, to w jej rękach leżała wtedy obrona Ziemi. Komendant twierdzi, że dzięki niej mamy szansę wygrać z ADVENTem. Nie wiem, co o tym sądzę. Jeśli jest taka genialna, czemu wtedy przegraliśmy?

Ale Bradford w nią wierzy, a ja wierzę w Bradforda. To on to wszystko zorganizował, to dzięki niemu cały czas pozostajemy o krok przed ADVENTem. To dzięki niemu wciąż żyjemy.

No tak, znowu napisałem „my”. „Wciąż żyjemy”. A przecież dwoje dobrych ludzi zginęło, odbijając dowódczynię z rąk kosmitów. Trzymali ją w jakiejś hibernacji czy coś. Bradford dowodził na miejscu operacją ratunkową. A ja grzałem wtedy tyłek w bazie. Mam nadzieję, że wkrótce dadzą mi się wykazać. Dotąd nic, tylko trenowałem i stałem na warcie.

3 marca 2035

Stania na warcie ciąg dalszy. Chociaż nie, chyba akurat grałem z Kamilem i Myszą w karty, kiedy paru naszych zostało wysłanych na kolejną misję bojową. Przejęli jakiś przenośny generator obcych. Shen się strasznie ucieszyła, kiedy go tu przytargali. Chodzi o Lily Shen, szefową ekipy technicznej. Po ich powrocie godzinami grzebała przy tym ustrojstwie, podłączając je do sieci zasilającej bazę. A potem – polecieliśmy.

Niby wiedziałem, że baza mieści się w starym, zdezelowanym transporterze ufoków. Ale właśnie tak myślałem – że jest stary i zdezelowany. A tu proszę – to lata. Jesteśmy mobilni. Od teraz nie będziemy musieli się tylko kryć przed ADVENTem, od dziś możemy również przed nimi spierdalać.

A, pewnie powinienem wspomnieć, że to była pierwsza misja, którą kierowała nasza nowa dowódczyni. No i… wszyscy wrócili żywi, tylko jedna żołnierka została ranna.

5 marca 2035

Tak jest! Tak to ma wyglądać, właśnie tak!

Dobra, po kolei. Wreszcie przyszła moja kolej. Zostałem wyznaczony do operacji Gwiezdne Ostrze. Nasi sprzymierzeńcy mieli przekaźnik nadawczy na przedmieściach Nowogrodu. ADVENT się o nim zwiedział, naszym zadaniem było ochronić go przed pierwszą falą, żeby można było go zdemontować i wywieźć. Przydzielili mnie do oddziału, który wczoraj przejął generator, miałem zastąpić ranną. Poza mną byli tam jeszcze grenadier Jon, techniczka Kate i snajperka Ava.

Szczerze mówiąc, na samym początku o mało się nie zlałem ze strachu. Kate wysłała gremlina – to nasze drony wsparcia – by podpiąć się do czujki ADVENTu i zhakować ją zdalnie, żebyśmy wiedzieli, co się dzieje dookoła. Ale dała ciała, uruchomiła system alarmowy i przeciwnik się dowiedział, że tu jesteśmy.

Nie było na co czekać. Ruszyliśmy szybciej. Trafiliśmy na żołnierza ADVENTu – to te najwierniejsze ziemskie lizodupy, które w nagrodę za wierną służbę dostają trochę kosmicznych genów. Alieny używają ich w roli mięsa armatniego. Niestety, ten konkretny lizodup nie był sam – towarzyszył mu sectoid.

Słyszałem, że w 2015 sectoidy to były pokurcze, małe szare karzełki, które padały, gdy ktoś mocniej na nie kichnął. W 2015 to się ludziom łatwo żyło. Nasze sectoidy zostały dopakowane ludzkim DNA. Wyglądają jak przyobleczony w skórę dwumetrowy szkielet. Ale najgorsze jest to, że potrafią ci wejść do umysłu. Sprawić, że będziesz panikował.

Ten właśnie tak zrobił. Pomieszał Avie w głowie, tak, że nie mogła nosa wystawić zza kontenera, przy którym przycupnęła.

Nasze rozwiązanie było nieco mniej subtelne. Obrzuciliśmy go z Jonem granatami i padł. W międzyczasie Kate odstrzeliła adwentystę. Mogliśmy złapać oddech – ale tylko przez chwilę. Leciały posiłki ADVENTu. Dosłownie leciały, przyleciał transportowiec i wysadził trzech żołnierzy. Ale zdążyliśmy zmienić nasze pozycje, tak, że mieliśmy ich wystawionych jak na dłoni. Skosiliśmy ich, zanim któryś miał szansę wystrzelić.

W tym samym momencie wypadł na nas główny oddział – ten, który wcześniej siedział i rozwalał nasz nadajnik. Trzech adwentystów – dwóch trepów i oficer – oraz drugi Sectoid. Ava akurat zdążyła się pozbierać po tym, jak opętał ją poprzedni i zdołała odstrzelić najbliższego adwentystę. Po czym…

Przed chwilą napisałem, że najgorsze w sectoidach jest to, że potrafią ci wejść do umysłu. Ale nie, jednak zmieniłem zdanie. Najgorsze jest to, że potrafią wejść do umysłu trupa. Jak to działa? Jaki to ma sens? Nie mam pojęcia, ale ten sekciarz tak zrobił na moich oczach. Zastrzelony adwenciarz podniósł się. Jego kumple ostrzelali Jona, raniąc go – na szczęście w miarę lekko. A Jon… rany boskie, kocham go. Sectoid i dwaj adwentyści, żywy i martwi, stali dookoła samochodu. Jon podrzucił im granat, tak, żeby auto też wybuchło. Eksplozja skosiła całą trójkę. Magia. Ava odstrzeliła ostatniego i mogliśmy wracać do domu.

Z powrotem w bazie skierowano mnie na specjalistyczne szkolenie. Dostałem strzelbę i maczetę. Oficjalnie mam być rangerem, ale w głębi serca wiem, co to tak naprawdę znaczy – będę nindżą!

 

8 marca 2035

Trafiliśmy na szopę, w której ukrywało się parę osób. Przyłączyli się do nas. Dwoje Amerykanów, Niemiec i Meksykanka. Co oni robili na rosyjskiej wsi?

W sumie… co my tu robimy?

10 marca 2035

O kurde. Kiedy Bradford odbił naszą wspaniałą dowódczynię, po bazie rozeszła się wieść, że Tygan – doktor Tygan, nasz główny jajogłowy – wyciągnął jej z mózgu jakiś kosmiczny implant. Po ostatniej misji przywlekliśmy ze sobą trupa oficera ADVENTu i Tygan wyciągnął z jego głowy podobny implant. Okazało się, że alieny wczepiły dowódczynię w swoją sieć, przekazywały jej dane z pola walki, a ona… nie wiem, rozgrywała je jak gry wojenne w swojej głowie, a kosmici przekazywali jej decyzje swoim oficerom, w czasie rzeczywistym.

Tygan użył skomplikowanych słów, technik, który go usłyszał nie przekazał mi wszystkiego dokładnie, a ja i tak wszystkiego nie rozumiem. Ale jedno wiem – przez ostatnich dwadzieścia lat dowódczyni była bronią, którą kosmici wykorzystywali przeciwko nam.

A teraz nam rozkazuje? Skąd pewność, że kosmici wciąż nią nie sterują?

Kurde.

 

13 marca 2035

Jeśli dowódczyni jest w sekrecie sterowana przez kosmitów, to przynajmniej na razie mi to pasuje. Właśnie wróciłem ze swojej drugiej misji. Nazwali ją Zemsta Zrodzona w Piekle – kto wymyśla te kryptonimy? Razem z Myszą, Kate i Avą mieliśmy ewakuować naukowca ADVENTu, który przekazywał informacje ruchowi oporu.

Niemal natychmiast wszystko zaczęło iść źle. Praktycznie na środku ulicy przed nami stał sectoid. I wiecie co, zmieniłem zdanie. Najgorsze w sectoidach jest to, że mogą ci wejść do głowy i przejąć nad tobą kontrolę. To przydarzyło się Avie. Cholera wie, czemu drugą misję z rzędu akurat ją sekciarze biorą na cel. W każdym razie zobaczyłem, jak sectoid zaczyna nią poruszać jak kukiełką. Na szczęście nie zdążyła strzelić. Mysz wybiegła naprzód, bez osłony, i rozwaliła sectoida dwoma seriami. Stała może dwa metry od paskudy i rozwaliła ją bez mrugnięcia okiem.

Potem przez chwilę szło nam nieźle. Byliśmy już blisko punktu ewakuacyjnego, musieliśmy tylko przejść przez jeden budynek, kiedy jednocześnie wydarzyły się dwie rzeczy. Z budynku wyszło dwóch adwentystów – a chwilę wcześniej Kate próbowała zhakować czujkę ADVENTu. Lubię Kate, fajna jest i w ogóle, ale drugi raz z rzędu zrąbała sprawę i ściągnęła nam na kark posiłki adwentystów. Przyleciał transporter i wysadził trójkę żołnierzy, tak, że praktycznie złapali nas w dwa ognie. Kate i Ava sprzątnęły najbliższych, ja wbiegłem na dach i zdjąłem oficera maczetą, a Mysz posprzątała tyły. Ale nie było łatwo.

A chwilę później wypadł na nas kolejny sectoid. Od frontu, od strony punktu ewakuacyjnego. Mysz była za daleko, żeby pomóc, Kate strzelała się z adwentystami. Ale Ava zdołała trafić go granatem, co nieco nim wstrząsnęło, a wtedy ja… fanfary… zeskoczyłem z dachu i ściąłem go mieczem.

Zabraliśmy się stamtąd w trymiga i wróciliśmy do bazy. Profesorkowi nawet włos z głowy nie spadł, żadne z nas nie zostało ranne. Dobrze nam poszło.

Mysz dostała przydział – zostanie grenadierką.

 

18 marca 2035

Nie pisałem od paru dni, bo nic się nie działo. Chociaż nie, to nie do końca prawda. Bo dzieje się sporo. Odkąd mamy naszą nową dowódczynię, sprawy nabrały tempa. Baza jest mobilna, latamy w tę i we w tę, nawiązujemy kontakty z różnymi lokalnymi grupami oporu. Tygan siedzi u siebie i kroi kolejne trupy adwentowców i kosmitów, których znosimy mu z pola bitwy.

Więc niby dzieje się dużo. Ale my, trepy, siedzimy na tyłkach i czyścimy broń.

 

25 marca 2035

Co za dzień. Co za dzień.

Zaczęło się od tego, że ADVENT odpalił swoją propagandę na cały regulator. Ich rzecznik – taki przylizany koleś, założę się, że sam jest jakimś reptilianinem – wystąpił na konferencji i zaczął gadać o wieloletniej współpracy szlachetnych przybyszów z kosmosu i podłych reakcjonistach, którzy sabotują tę szczególną więź. I o podjętej przeciwko nim akcji policyjnej.

Bradford właśnie rozmawiał z przywódczynią jednej z niezależnych osad. To nie byli buntownicy, nie było tam naszych żołnierzy, to po prostu byli ludzie, którzy nie chcieli się przenieść do miast ADVENTu. Cała centrala widziała na żywo, jak nad osadę nadlatują transportowce adwentowców i zaczyna się czystka.

Natychmiast rozpoczęliśmy mobilizację. Ta sama ekipa, co poprzednio – Ava, Kate, Mysz i ja. Misja – Kościany Kielich – była prosta. Uratować tyle osób, ile tylko się da, zastrzelić wszystkich napastników.

Ostatnio pisałem, że najgorsze w sectoidach jest to, że mogą wejść komuś do głowy i przejąć nad nim kontrolę. No więc nie, najgorzej jest wtedy, kiedy zrobią to tobie. Czułem się jak pasażer we własnym ciele, nie mogłem nic zrobić. Już miałem Mysz na muszce. Na szczęście Kate i Ava odstrzeliły sekciarza, zanim zmusił mnie do pociągnięcia za spust.

A to i tak nie była najstraszniejsza chwila tego wieczoru. Nie, najstraszniejszy moment był chwilę wcześniej. Zbliżaliśmy się do grupki cywilów, żeby podpowiedzieć im, którędy mają uciekać. Nagle jeden z nich zaczął pęcznieć, niemalże rozlewał się po okolicy. Zamienił się w bulgocącą masę tkanki, która nagle zaczęła rosnąć. Wyglądało to jak jakiś błotno-mięsny gejzer.

Potem, w bazie, dowiedziałem się, że krążyły pogłoski o czymś takim, ale nigdy wcześniej nie widziałem beztwarzowca na własne oczy. Potrafią idealnie podszywać się pod człowieka, a w swojej naturalnej postaci mają ze trzy metry wzrostu. Byłem daleko na lewej flance, kiedy się przeobraził, więc dziewczyny były zdane na siebie. Kate i Mysz władowały w niego po serii, a mimo to bydlak wciąż stał. Na szczęście Ava zdołała go dobić strzałem z rewolweru.

Tak całkiem szczerze, to z Avy jest chyba lepszy rewolwerowiec niż snajper. Jestem prawie pewien, że odstrzeliła więcej ufoków z tej pukawki niż z tego wielkiego karabinu, który ze sobą targa. Ale ostatecznie liczą się rezultaty, a martwy ufok to martwy ufok.

Uratowaliśmy trochę ponad połowę mieszkańców. Niby zwycięstwo, ale takie, które jakoś trudno się świętuję. Mimo to zrobiliśmy sobie z Avą tatuaże na pamiątkę kolejnej wspólnej akcji.

 

28 marca 2035

Operacja Piekielny Młot mogła pójść lepiej. A jak, zapytacie? A bo ja wiem? No mogła, na przykład, zakończyć się powodzeniem.

Z drugiej strony równie dobrze mogła pójść dużo, dużo gorzej.

Dowiedzieliśmy się, że alieny coś szykują. Nie wiemy co. Z ruchem oporu skontaktowała się hakerka, która wpadła na pewien trop – ale nie zdołała wyciągnąć wszystkich danych. Mieliśmy udać się do slumsów New Delhi i wyciągnąć resztę danych z terminala. ADVENT zorientował się, co się dzieje i pracował nad odcięciem dostępu do sieci, więc musieliśmy się spieszyć.

Ale to miała być łatwa misja, więc dowódczyni postanowiła, by poszedł z nami jeden ze świeżaków. Żeby nieco okrzepł, nabrał doświadczenia, zmężniał i tak dalej. Zapadła decyzja – Kate zostaje w bazie, a jej miejsce w oddziale zajmie Kamil. No i ruszyliśmy.

Adwenci nie wiedzieli o naszej obecności. Szybko natknęliśmy się na patrol – dwóch adwenciarzy, trep i oficer – i bez problemu wyeliminowaliśmy ich z zaskoczenia. Niestety, chwilę później wypadł na nas sectoid i ADVENT uzbrojony w paralizator. Sekciarz pomieszał Myszy w głowie, tak, że wpadła w panikę, a adwentysta przebiegł środkiem pola walki, niczym jakiś maratończyk i dźgnął Kamila tym swoim elektrycznym pastuchem. I tyle, jeśli chodzi o krzepnięcie, nabieranie doświadczenia i mężnienie. Borek zasnął snem sprawiedliwych.

Rozwaliłem adwenciarza granatem, Ava raniła sekciarza. Ufok zaczął się wycofywać. Ava i ja przegrupowywaliśmy się, a Mysz zaczęła go gonić. Raz miała go na widoku, ale spudłowała. Sekciarz zwiał jeszcze dalej. Goniliśmy go – zresztą zwiewał w stronę terminala.

Problem w tym, że koło terminala miał kumpli. Jeszcze jednego ADVENTa i drugiego sectoida. Mysz próbowała odstrzelić pierwszego sekciarza, ale znowu spudłowała. Ja odstrzeliłem adwenciarza, bo byłem najdalej i tylko jego miałem w polu widzenia. Tymczasem Ava wzięła na cel drugiego sekciarza i dwa razy raniła go z tego swojego pistoleciku, ale alien pomieszał jej w głowie i spanikowała.

Teraz zaczyna się najlepsze. W tym momencie z naszych już tylko Mysz i ja byliśmy w stanie walczyć. Pierwszy sekciarz wskrzesił adwenciarza, zamieniając go w swoją zombie-kukiełkę. Mysz miała już pusty magazynek, ale został jej jeden granat. Rąbnęła nim wskrzeszeńca i kontrolującego go sekciarza, ale wybuch był za słaby i obaj dalej stali na nogach. Ja opróżniłem magazynek w drugiego sectoida i w końcu go dobiłem, dzięki czemu Ava przestała panikować.

Tylko po to, by sekundę później pierwszy sekciarz ją opętał. No tego było już stanowczo za wiele, więc podbiegłem i ściąłem go maczetą. Przy okazji – ponieważ był to już siódmy czy ósmy sectoid, którego miałem pecha obejrzeć z bliska, w końcu wiem, co tak naprawdę jest w nich najgorsze. Najgorsze w sectoidach jest to, że mają dużo ludzkiego DNA, więc w sumie to całkiem są do nas podobni budową ciała, ale nie noszą żadnych ubrań i trzeba patrzeć na te ich obrzydliwe, kościste poślady.

A wracając do misji… No, to był koniec misji. Ściąłem sekciarza, Ava odzyskała kontrolę nad sobą, wskrzeszeniec padł. Ava była w tym momencie najbliżej terminala, rzuciła się biegiem – a ADVENT w tym momencie odciął dostęp do sieci. Zabrakło nam dosłownie paru sekund.

Więc wciąż nie wiemy, co planują kosmici. Pewnie przekonamy się dopiero, kiedy będziemy stać w zaułku ze spuszczonymi gaciami, a oni wyskoczą za nami. Ale znowu wszyscy wrócili żywi z misji. Kamil nawet dostał awans i przydział – dostanie swojego gremlina i będzie się szkolił na technika, jak Kate. Kurde, gdybym wiedział, że można przespać całą misję i awansować, sam bym tak zrobił.

C.d.n.

Tags: , ,

  • MarvelMan

    Yay! Zawsze przyjemnie mi się czyta te teksty. Chociaż trochę śmieszy mnie że Twoja postać Krzysiek po mimo wyglądu,imienia i tak dalej opisuje wydarzenia i przejawia sposób bycia klasycznego twardziela z wojska. Rozumiem to ale wciąż, będę lekko prychał w kacie przy każdej twardzielskiej sentencji.
    Chociaż po dłuższym zastanowieniu dysonans nie jest AŻ tak wielki.

    I przestraszyłem się że Kamil umarł podczas swojej pierwszej misji. To by było niefortunne. Ale na szczęście chwilowo wszyscy są cali.

    I chyba mój ulubiony moment: “Oficjalnie mam być rangerem, ale w głębi serca wiem, co to tak naprawdę znaczy – będę nindżą!”. To przy okazji jeden z tych momentów kiedy uznałem że jest Krzysiek w tym Krzyśku.

    • Krzysiek Ceran

      Wymogi gatunku. Narrativum. Jest historia o żołnierzach, to bohater musi być typowym trepem. 🙂