Dziennik z linii frontu: Jeszcze dzień życia

2 komentarze

 

Po dwudziestu latach brutalnej okupacji działania ziemskiego ruchu oporu zaczynają nabierać tempa. Po kilku pierwszych sukcesach żołnierze XCOMu zaczynają się czuć pewnie. Jak długo potrwa ta dobra passa?

Zasady niniejszego dziennika:
1. Gram na normalnym poziomie trudności, w trybie Iron Man – nie mam możliwości ładowania poprzednich stanów gry. Jeśli ktoś zginie – ginie na zawsze.
2. Troje żołnierzy nosi imiona moich towarzyszy z Myszmasza i moje.
3. W każdej misji musi brać udział przynajmniej jeden z „naszych” żołnierzy, o ile są dostępni.
4. Dziennik zakończy się gdy wygram, przegram lub stracę ostatniego żołnierza z naszej trójki.
5. Nudziło mi się, więc postanowiłem tym razem pisać z perspektywy „mojego” żołnierza.
Pierwszą część można przeczytać tutaj.

 

5 kwietnia 2035
Czasami zastanawiam się, dla kogo ja to piszę. Kim jesteś, tajemniczy czytelniku? Czy pewnego dnia te słowa będą wszystkim, co zostanie po mnie i całej tej rebelii? Czy jakieś dupki z ADVENTu będą czytać mój dziennik i śmiać się z tego, jacy byliśmy naiwni, jak niewiele wiedzieliśmy o siłach, na które się porywamy? A może wprost przeciwnie – może ten zeszyt trafi kiedyś do muzeum jako pamiątka po żołnierzu, który w jakimś mikroskopijnym stopniu przyczynił się do tego, że Ziemia znów jest wolna? Może nawet – ha, to dopiero byłaby miła niespodzianka
– może nawet ja sam będę mógł na starość kartkować pożółkłe, nadgryzione zębem czasu strony i wspominać tę walkę i wszystkich tych towarzyszy…
Dziś piąty kwietnia. Zapamiętam tę datę do końca życia.

Operacja Demoniczny Rumak (Rączy Czesiek, Velocyraptor – serio, kto wymyśla te pseudonimy?!). Ruch oporu zwiedział się o transporcie zapasów ADVENTu. Dowódczyni postanowiła, że im te zapasy zajumamy. No i dobrze, dobry pomysł. Ale to nie wszystko. Pamiętacie, co pisałem o wszczepach, które ADVENT, no, wszczepia wszystkim swoim oficerom? Doktor Tygan i Lily zmajstrowali urządzenie pozwalające podpiąć się do takiego implantu, a poprzez niego – do sieci kosmitów. Nie takiej zwykłej, komputerowej, tylko tej cudacznej, psionicznej, która kiedyś łączyła wszystkich tych oficerów z naszą dowódczynią, a teraz łączy ich… No właśnie, z kim? Oto jest pytanie. Jedno z wielu. Więc Tygan i Lily zmajstrowali wihajster, dzięki któremu mogliśmy się podpiąć do tej sieci. Tyle tylko, że myk polegał na tym, że trzeba było to zrobić, podpinając wihajster do implantu, który wciąż tkwił w mózgu oficera ADVENTu. Przepraszam, zjadłem słowo, a nie mam korektora pod ręką. Jeszcze raz: Trzeba było to zrobić, podpinając wihajster do implantu, który wciąż tkwił w mózgu ŻYWEGO oficera.
I nigdy nie uwierzycie, kim był ten dziarski żołdak, któremu przypadło to zadanie. Kto to był, pytacie?
C’est moi. Oczywiście.

Ponieważ Kamil został ranny w poprzedniej misji, do naszej wesołej gromadki powróciła Kate. Do tego stały skład – Mysz i Ava. Wysadzono nas gdzieś na rosyjskim pustkowiu, obok zrujnowanego transformatora czy czegoś takiego. Za nim była szosa, a za szosą – posterunek ADVENTu, obok lądowisko z zaparkowanym transportowcem. Przyczailiśmy się, wkrótce nadszedł patrol – jeden adwenciarz z paralizatorem i żmija. Żmije to wielgachne węże z parą rąk, uzbrojone w karabiny. Słyszałem, że w trakcie inwazji w 2015 były zmodyfikowane genetycznie, miały nogi i podszywały się pod ludzi, a to jest ich naturalna forma – ale nie wiem, jak to niby miałoby być możliwe. To są wielgachne, dwumetrowe kobry. Z drugiej strony po wszystkim, co dotąd widziałem jestem gotów uznać, że kosmici są zasadniczo magiczni i mogą wszystko, więc…
W każdym razie zaczailiśmy się na nich i odstrzeliliśmy bez problemu.

Wkrótce później okazało się, że na dachu posterunku jest zainstalowana zautomatyzowana wieżyczka. Kate wysłała do niej swojego gremlina, żeby ją zhakować. No i najwyraźniej do trzech razy sztuka, bo tym razem jej się udało. Uzyskała nad nią kontrolę, mieliśmy też obraz z jej kamer. Na lądowisku stał oficer ADVENTu i kolejny adwentysta z paralizatorem. Zaczęliśmy się przekradać w ich stronę, a tymczasem Kate kazała wieżyczce otworzyć ogień do gościa z paralizatorem. Gdyby udało się odseparować oficera, moglibyśmy spróbować użyć gadżetu Tygana i Lily.
No więc przekradaliśmy się coraz bliżej przeciwnika, a tymczasem wieżyczka strzelała sobie wesoło. Pudłowała mniej więcej co drugi raz. Na szczęście gość z paralizatorem wspiął się na dach, żeby ją dziabnąć, więc już bardziej wystawić się nie mógł i wieżyczka w końcu go odstrzeliła. Tymczasem okazało się, że ten patrol był trzyosobowy i nieco dalej czekał jeszcze zwykły trep. A chwilę potem zza posterunku wyszedł jeszcze jeden patrol – druga żmija, jeszcze jeden gościu z paralizatorem i kolejny trep.
My się wciąż przekradaliśmy, a tymczasem adwenciarze i ufok miały problem ze zniszczeniem wieżyczki. Ostatecznie żmii udało się ją dobić, ale wcześniej zdołała jeszcze zranić nowego gościa z paralizatorem. Wtedy ruszyli na nas – ale byliśmy gotowi, jeden trep i ten z paralizatorem padli, gdy tylko podeszli. Ava zdjęła drugiego trepa. Kate i ja byliśmy na szpicy, więc nieco się cofnęliśmy, zmuszając tamtych, by podeszli. Zadziałało, żmija pięknie się wystawiła. Kate ją raniła, a Ava dobiła.
W tym momencie zacząłem liczyć w głowie. Spojrzałem w bok na Kate i widzę, że ona też liczy, nawet ustami ruszała. Koło lądowiska były dwa patrole po trzy osoby, a odstrzeliliśmy już… raz, dwa, trzy, cztery… pięć.
Oficer został sam.
Podbiegłem do niego. Wihajster trzeba było wpiąć do implantu, który miał w czaszce. W tym celu ów wihajster miał postać długiego szpikulca. Nie namyślając się wiele, wbiłem mu go pod podbródek, aż go całego podniosłem nad ziemię. Nigdy w życiu nie zrobiłem czegoś równie bajeranckiego.

Mieliśmy dostęp do sieci. W pobliżu nie było już żadnych przeciwników. Pełen sukces, nie?
I właśnie wtedy wszystko się posypało. Na posterunku pojawiło się… pojawiła się kobieca sylwetka wyglądająca jak kiepski efekt ze starego filmu, jakby była zrobiona z cyfrowych zakłóceń. Była czymś w rodzaju antropomorficznego firewalla kosmitów. Z karabinem.
I potrafiła się teleportować, tak, że już po chwili miałem ją za plecami. Co takiego pisałem ostatnio o tym, że ufoki zajdą nas od tyłu, kiedy będziemy stać w ciemnym zaułku ze spuszczonymi gaciami? Właśnie.
Kate zdążyła podesłać mi gremlina, który otoczył mnie holograficznym maskowaniem. To uczyniło mnie odrobinę trudniejszym celem. Może dlatego kodeks – po powrocie do bazy jakoś tak się utarło, że tak nazywamy to coś – może dlatego kodeks nie zaczęła do mnie strzelać. Zamiast tego znowu się teleportowała i… Stworzyła albo przyzwała wir energii nad Kate i Myszą, który sprawił, że karabiny im się zacięły. Ale Mysz wciąż miała swój granatnik i rąbnęła nim kodeks. Która w momencie, gdy została uszkodzona, replikowała się. Miałem wrażenie, że widzę podwójnie.

Podbiegłem do oryginału i ciąłem go mieczem. Zniknął. Albo się teleportował, albo go zniszczyłem, ale kolejna kopia pojawiła się na dachu transformatora, tak, że miała Avę jak na tacy. Meksykanka zmieniła pozycję i rozwaliła dach granatem, ostatecznie niszcząc ten egzemplarz kodeksu.
I wtedy wszystko się posypało. Nie, to już napisałem. No to wtedy wszystko poszło w diabły. Bo tak, Kate wcześniej zmieniła pozycję, żeby mieć lepszą osłonę, więc wybiegła z tego wiru energii i przeładowała karabin, żeby móc z niego znowu strzelać. Ale Mysz miała dobrą osłonę, więc siedziała tam, gdzie wcześniej i też przeładowała broń. A ten dziwny wir energii wciąż się nad nią unosił.
I wtedy kodeks go zdetonowała, ciężko raniąc Mysz. Po czym w mgnieniu oka teleportowała się, tak, żeby wziąć Mysz z flanki i…
Jeden strzał z karabinu i było po wszystkim. Dobiła ją.

Rzuciłem się na nią z mieczem. Tylko ją drasnąłem, a ona znowu się replikowała. Ava była czujna – podbiegła do najnowszej kopii, niemal przystawiła jej lufę rewolweru do skroni i było po sprawie. Kate próbowała mi pomóc – podbiegła do mnie i też zaczęła strzelać na krótkim dystansie, ale spudłowała. Kodeks miała nas oboje jak na tacy. Ale nie strzeliła – może dlatego, że staliśmy tak blisko siebie i chciała to znowu wykorzystać? Bo zrobiła kolejny wir energii, więc i mnie, i Kate zacięła się broń. Kate natychmiast wyskoczyła z wiru – teraz już wiemy, że nie można w nim siedzieć. Przypadła za osłonę i przeładowała broń. Ja też wyskoczyłem z wiru. Wprost na kodeks. Znowu ciąłem mieczem i tym razem zdołałem ubić to cholerstwo.
I to był koniec Demonicznego Rumaka. Przejęliśmy zapasy ADVENTu i zhakowaliśmy ich psioniczną sieć. Lily, Tygan, nawet Bradford i dowódczyni – wszyscy są zgodni, że to było ważne zwycięstwo, że uzyskane informacje zapewnią nam strategiczną przewagę. Ale Mysz przypłaciła ten wielki sukces życiem. A ja przeżyłem. Przeżyłem, pomimo tego, że kodeks dwa razy miała mnie w garści i dwa razy nie pociągnęła za spust. Czemu? Gdzie tu sens?
Widziałem już, jak giną ludzie. Oczywiście, że widziałem. Wszyscy widzieliśmy. Ale… ale odkąd lataliśmy razem na misje szło nam tak dobrze, że… Wiem, że to głupie, ale myślałem, że jesteśmy nieśmiertelni. Teraz myślę tylko o tym, że prędzej czy później będzie moja kolej.

C.d.n.

Tags: , ,

  • MarvelMan

    Noooooooo! Mysz! Jak można!
    Okej, okej już dobrze. Zakładam że jakaś fajna zemsta zawierająca rakietnice i twardzielskie teksty o żuciu gumisiów jest już w planach/wyegzekwowana. Nie wiem w jakim odstępie od właściwej gry to piszesz.

    A propos pisania tego: jak to wygląda? Bo widzę że opisujesz to poszczególne ruchy i po prostu masz tak dobrą pamięć czy na przykład podczas gry robisz jakie małe notatki które później fabularyzujesz?

    I epitafium jest dodawane poległemu żołnierzowi losowo czy są jakieś do wyboru?

    • Krzysiek Ceran

      Epitafium można dopisać samemu, gra żadnego nie daje.

      Robię notatki, które fabularyzuję. Ale w kolejnych odcinkach mniej lub bardziej odchodzę od opisywania poszczególnych ruchów, bo zrobiło się to dla mnie nużące.
      Przy czym zasadniczo wygląda to tak, że przechodzę misję, może dwie, rozwijam notatki w pełny opis i dopiero potem wracam do gry.