Dziennik z linii frontu: Na tropie Awatara

1 Comment

Wojna o Ziemię trwa. Kosmici niepodzielnie panują nad planetą, ale partyzanci szykują się do zaatakowania pierwszego strategicznego celu. Czy ta ofensywa się powiedzie?

Zasady niniejszego dziennika:

  • Gram na normalnym poziomie trudności, w trybie Iron Man – nie mam możliwości ładowania poprzednich stanów gry. Jeśli ktoś zginie – ginie na zawsze.

  • Dwaj żołnierze – Kamil i Krzysiek – noszą nasze imiona.

  • W każdej misji musi brać udział przynajmniej jeden z „naszych” żołnierzy, o ile są dostępni.

  • Dziennik zakończy się gdy wygram, przegram lub stracę ostatniego żołnierza z naszej t̶r̶ó̶j̶k̶i̶ dwójki.

  • Nudziło mi się, więc postanowiłem tym razem pisać z perspektywy „mojego” żołnierza.

    Pierwszy odcinek możecie przeczytać tutaj, a poprzedni – tutaj.

11 kwietnia 2035

Nasza szefowa ekipy technicznej, Lily Shen, popracowała nad skyrangerem – transportowcem, którym latamy na misje. Wykroiła nieco więcej miejsca w ładowni, dzięki czemu mieści się tam teraz pięć osób z wyposażeniem. Czyli możemy latać na misje nieco większymi zespołami.

Po raz pierwszy polecieliśmy pięcioosobową ekipą, by wziąć udział w operacji Przeklęta Pieczara. Do Jona, Kate, Avy i mnie dołączył Kamil Borek. Celem była placówka ADVENTu w Nowogrodzie, gdzie pracował jeden z ziemskich kolaborantów, Fedor Metaxas. Ważna szycha.

Zjawiliśmy się w mieście niepostrzeżenie. Bez problemu podkradliśmy się do pierwszego patrolu ADVENTu i odstrzeliliśmy go. Na dachu placówki ADVENTu była zainstalowana wieżyczka, ale to nie ona sprawiła, że zacząłem się martwić. Zza rogu wypełzła żmija z adwentowcem wyposażonym w paralizator. Kate zdołała przejąć kontrolę nad wieżyczką przy pomocy swojego gremlina. Niestety, żmija i adwenciarz stali za blisko budynku, poza polem ostrzału. W związku z tym Kate kazała wieżyczce nawalać w następne działko, zamontowane na kolejnym narożniku. Tymczasem my zajęliśmy się przeciwnikami na ziemi. Żmija była tak przyczajona za samochodem, że nikt nie miał łatwego strzału, więc wzięliśmy na cel adwentystę z paralizatorem. Ava spudłowała, ale Kamilowi udało się go zranić, a ja go dobiłem. Został Jon, który dzięki swojemu granatnikowi nie musiał być taki znowu celny. Po prostu pierdyknął w żmiję, podpalając przy okazji samochód, za którym się chowała. Co prawda jeden granat to za mało, by powalić żmiję, ale teraz była już praktycznie martwa.

I chyba o tym wiedziała. Rozwarła szczękę i strzeliła długaśnym jęzorem, jak u kameleona. Złapała nim Borka. Jon mi to potem opisał – stał tuż koło niego, przyczajony za tą samą barierką. W jednej chwili Kamil kucał koło niego, w następnej leciał już w stronę żmii, przyciągany lepkim językiem. Żmija natychmiast okręciła się wokół niego całym swoim tułowiem i zaczęła go dusić.

I wtedy eksplodował podpalony granatem samochód. Wybuch pochłonął zarówno żmiję, jak i Kamila. Nikt nie przeżył.

Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Ruszyliśmy dalej. Misja była jasna – dopaść Metaxasa za wszelką cenę i jeśli to możliwe, uprowadzić. Jeśli nie – odstrzelić. Weszliśmy do środka. Mieliśmy szczęście – Metaxas był tam sam. Ava rąbnęła go kolbą, pozbawiając przytomności, a Jon zarzucił frajera na ramię. Tymczasem ADVENT zaczął wzywać posiłki. Ruszyliśmy do tylnego wyjścia, za budynkiem znajdował się mały skwer, gdzie miał po nas przylecieć skyranger.

Już mieliśmy wyjść, kiedy Kate zauważyła przez okno kolejny patrol – sectoida i adwenciarza z paralizatorem. Zaczęliśmy się strzelać, ja podbiegłem i dziabnąłem sekciarza mieczem – przez okno. Jon dobił go granatem. Niestety, poza sekciarzem wybuchł zniszczył też ścianę, także adwenciarz miał mnie jak na tacy. Na szczęście Ava go odstrzeliła. Chwilę potem przyleciały posiłki – tylko trzech zwykłych trepów ADVENTu. Skosiliśmy ich i polecieliśmy do domu.

12 kwietnia 2035

Śmierć Myszy strasznie mną wstrząsnęła. Śmierć Kamila… nie wiem. Wydarzyło się i tyle. Może dlatego, że Mysz zginęła na samym końcu misji, a Kamil na samym początku. Mieliśmy zadanie do wykonania, nie było czasu na emocje. No i nie czułem ich. I nadal nie czuję.

13 kwietnia 2035

ADVENT wziął na cel kolejną niezależną osadę. Operacja Wygnany Lament (…co to w ogóle znaczy?) miała prosty cel – polecieć, ratować cywilów, zabijać obcych. Ruszyliśmy tym samym zespołem. Miejsce Kamila zajęła Saoirse – weteranka, jedyna poza Bradfordem osoba, która przeżyła odbijanie dowódczyni. Potem brała udział w kradzieży kosmicznego generatora. Wtedy została ranna i przez kolejny miesiąc dochodziła do siebie.

Pamiętam, że kiedy dolecieliśmy na miejsce, zdziwiłem się, jaki jest piękny dzień. Ciepło, słonecznie, zielone drzewa. No bajka normalnie – jeśli nie liczyć dobiegających z oddali krzyków i odgłosów strzelaniny. Ruszyliśmy.

Najpierw trafiliśmy na paru cywilów, którym powiedzieliśmy, gdzie mają uciekać. Chwilę później wypadły na nas dwa patrole – jeden od frontu, drugi na lewej flance. W sumie dwie żmije, dwóch trepów i gość z paralizatorem. Wzięli nas w krzyżowy ogień. Mieliśmy szczęście – odstrzeliliśmy wszystkich poza typem z paralizatorem, który wycofał się na chwilę. Ale Saoirse w pewnym momencie oberwała – jeden z trepów ją postrzelił.

Po tej strzelaninie mieliśmy chwilę na przegrupowanie. Krótką chwilę. Typ z paralizatorem wrócił z kolegami – dwoma trepami i wielgachnym, ciężko opancerzonym robotem. Na dodatek jeden z kulących się w pobliżu cywilów okazał się beztwarzowcem.

Natychmiast odstrzeliłem gościa z paralizatorem, a Saoirse uszkodziła robota. Niestety, to był jej ostatni wyczyn – chwilę później zastrzelił ją jeden z adwentowców. Beztwarzowiec zaszarżował na Kate i zamachnął się potężną, pazurzastą łapą. Spudłował, ale rozwalił stertę skrzynek za którą się chowała, pozbawiając ją osłony. Kate musiała się wycofać. Próbowała zhakować robota, ale spartoliła sprawę. Tymczasem Jon i ja waliliśmy w beztwarzowca, czym się dało. Ostatecznie Ava go dobiła.

I wtedy robot podbiegł do mnie i Kate. Miał mnie na wyciągnięcie ręki, ale nie strzelił z karabinu. Zamiast tego ostrzelał nas oboje z moździerza, rozwalając te sterty śmiecia, za którymi się chowaliśmy. Zorientowałem się nagle, że stoję jak dureń w szczerym polu, kompletnie odsłonięty. Obaj pozostali przy życiu adwentowcy wzięli mnie na cel.

Miałem ogromne szczęście – trafił tylko jeden z nich. Byłem ciężko ranny, ale trzymałem się na nogach. Mogłem brać dalej udział w walce – a to zasadniczo był już jej koniec. Robot był ciężko uszkodzony, dobiliśmy go z łatwością. Odstrzeliliśmy trepów. W oddali kolejny cywil przekształcił się w beztwarzowca, ale skosiliśmy go, zanim zdołał nam coś zrobić.

Wróciliśmy do bazy. Mimo wszystko w całkiem niezłym nastroju. Tak, straciliśmy Saoirse, ale uratowaliśmy większość cywilów. Ich straty były dużo mniejsze, niż w poprzednim ataku. Z drugiej strony Kate i ja idziemy w odstawkę. Dopóki nasze rany się nie zagoją, nie będziemy brać udziału w żadnych misjach. A i blizny pewnie zostaną.

14 kwietnia 2035

Leżę w ambulatorium. Wreszcie mam czas, żeby pisać, tylko nie ma o czym. Gadamy z Kate o pierdołach.

16 kwietnia 2035

No proszę. Pamiętacie, jak pisałem, że ufoki coś kombinują, tylko nie wiemy co? Okazało się, że to nie do końca prawda. Shen wpadła nas odwiedzić i wyjaśniła, na czym sprawy stoją. Ruch oporu wpadł na trop „Projektu Awatar” – dużego przedsięwzięcia kosmitów. Nie wiemy, co to właściwie jest, ale ufoki pakują w to mnóstwo środków, więc musi być ważne. Dowódczyni postanowiła, że trzeba to ukrócić za wszelką cenę. Mamy namiary na dwa ośrodki, które są z tym jakoś związane. Prędzej czy później je najedziemy. Tylko skoro Awatar jest taki ważny, to pewnie te ośrodki są mocno chronione. Shen podejrzewa, że dowódczyni sądzi, że jesteśmy na to na razie za słabi.

19 kwietnia 2035

Mamy w ambulatorium nowe towarzystwo – skutek uboczny operacji Kryształowa Góra. Ruch oporu odkrył, że ufoki przewożą pociągiem jakiś komputer z danymi istotnymi dla Projektu Awatar. Dowódczyni postanowiła, że trzeba im go ukraść. Ponieważ my z Kate byczymy się na chorobowym, to zadanie przypadło Jonowi, Avie i trójce świeżaków – Monice, Megu i Calvinowi.

Misja zakończyła się długimi pobytami w ambulatorium dla Megu i Avy, oraz krótszym dla Moniki. Od nich usłyszeliśmy, co się stało. Przekradali się w stronę celu, gdy zauważyli pierwszy patrol – żmiję i typa z paralizatorem. Dali im przejść i ruszyli dalej. Koło celu stał robot, kolejny typ z paralizatorem i zwykły adwenciarz. I wtedy wrócił ten pierwszy patrol, wpadając prosto na nich. Ava ciężko oberwała, obstawa celu zorientowała się, co się dzieje i zaczęła się jatka. Zdołali się obronić bez dalszych strat, odstrzelili wszystkich – poza robotem, który się wycofał. Jon i Calvin ruszyli dalej w stronę celu. Calvin przeszedł na drugą stronę torów kolejowych, obstawiając, że dzięki temu między nim i robotem znajdzie się wagon.

Pomylił się. Robot dołączył do kolejnego patrolu, a Calvin był teraz po tej samej stronie torów. Aż zadrżałem, gdy tego słuchałem – dwa roboty, sectoid i typ z paralizatorem. Calvin zginął chwilę później, Megu została ranna. A sekciarz wskrzesił Calvina i posłał go na Monikę, więc ona też została ranna. Jon podbiegł do komputera, by wykraść dane zanim dojdzie do samozniszczenia terminala, ale wystawił się przy tym na ataki sekciarza. I miał szczęście, skurczybyk, bo sectoid spudłował. Jon, ranna Ava i dwie ledwo żywe szeregowe jakimś cudem wykończyli resztę przeciwników i wrócili do domu – żywi i z danymi. Lekarze mówią, że Megu wyjdzie stąd dopiero za miesiąc, a Ava – za trzy tygodnie. Ale przeżyły.

Policzyłem, ile nas jest w ambulatorium, ile zginęło, a ilu w ogóle mieliśmy żołnierzy i rekrutów. No i wyszło mi, że z ludzi, którzy są wciąż na chodzie, nie da się złożyć pięcioosobowego oddziału.

20 kwietnia 2035

Bradford i dowódczyni też na to wpadli. Skontaktowaliśmy się z ruchem oporu. W zamian za część naszych zapasów skierowali do nas dwójkę żołnierzy – jakiegoś świeżaka i ponoć w miarę doświadczoną grenadierkę.

27 kwietnia 2035

Wypuścili mnie z ambulatorium. Idę poćwiczyć na strzelnicę.

7 maja 2035

Z tego, co wiemy, ufoki nie próżnują i projekt Awatar idzie pełną parą. Ale my też nie próżnujemy. Latamy w tę i we w tę, zbierając zapasy, informacje, pomoc techniczną. Wszyscy poza Megu doszli już do siebie i opuścili ambulatorium. Mamy nowe pancerze – Shen wykorzystała technologię ADVENTu, by dać nam większe szanse na przeżycie kolejnej wymiany ognia. Jakby tego było mało, doktor Tygan odkrył jak zreplikować konstrukcję broni magnetycznej wykorzystywanej przez ADVENT. Shen obiecała, że wkrótce będziemy mieć nowe pukawki.

10 maja 2035

Wreszcie nadeszła ta chwila, kiedy mieliśmy się odegrać na ufokach. Operacja Dymiące Spojrzenie (…co?). Cel: przebić się przez ośrodek ADVENTu, odkryć jego przeznaczenie i zniszczyć go. Poza mną w oddziale byli sami najlepsi i najbardziej doświadczeni – Jon, Kate i Ava, a także ta nowa, niby doświadczona grenadierka z ruchu oporu – Katarzyna Czajka. W swoich nowych pancerzach czuliśmy się całkiem pewnie. Niestety, Shen nie miała czasu – albo, czego nikt nie chce głośno powiedzieć, środków – żeby opracować całą linię nowych pukawek. Wyprodukowała tylko parę karabinów magnetycznych, a z tej konkretnej grupy tylko Kate używa tej broni. Więc przynajmniej jej się poszczęściło.

To była najważniejsza misja, w jakiej dotąd brałem udział. A jednak kiedy teraz próbuję ją opisać, mam problem z odtworzeniem wszystkiego po kolei. Zresztą – może to nieistotne, może nie muszę opisywać każdego, pojedynczego adwenciarza, którego odstrzeliliśmy.

Pamiętam, że była ciemna noc, kiedy wyskoczyliśmy ze skyrangera. Niedaleko stał pierwszy budynek kompleksu. Jon i Kate poszli naokoło, a my wspięliśmy się na dach. Na którym była zainstalowana wieżyczka. Przemykaliśmy się, tak, żeby nas nie zauważyła, dopóki Kate jej nie zhakowała. Wtedy mogliśmy się rozstawić, tak, żeby mieć na widoku ulicę oddzielającą nas od reszty kompleksu i z łatwością odstrzeliliśmy pierwszy patrol.

Pamiętam, jak po strzelaninie zwróciliśmy uwagę na to, że dociera tu linia kolejowa. Że to jej ostatnia stacja. I wtedy zauważyliśmy, że właśnie rozładowywano pociąg. Cały pociąg był pełen zbiorników, w których przetrzymywano ludzi. Mówi się, że kosmici porywali ludzi podczas inwazji w 2015. Ale teraz widzieliśmy na własne oczy, że nigdy nie przestali tego robić.

Pamiętam, że w drugim patrolu był robot. Wszyscy byliśmy już z powrotem na ziemi. Wszyscy poza tą nową, Kaśką. Robot wystrzelił z moździerza, by zniszczyć tę zhakowaną wieżyczkę. Kaśka oberwała. Następnie zapadł się pod nią dach i spadła dwa piętra niżej. Gdzie właśnie wybuchł pożar.

Pamiętam, jak się z tego śmialiśmy chwilę później – ale tylko dlatego, że przeżyła i natychmiast skosiła jednego adwenciarza, strzelając przez wyrwę w walącej się ścianie.

Pamiętam, że zanim weszliśmy do głównego gmachu strzelaliśmy się z dwoma sectoidami i żmiją. Pamiętam, że – wspominając, jak zginął Kamil – wszyscy starali się jak najszybciej odstrzelić żmiję. I w końcu zostałem już tylko ja, bo inni pudłowali. Musiałem podbiec, żeby ją dobić. Wiedziałem, że się wystawiam, ale musiałem to zrobić. Chwilę później jeden sekciarz zaszedł mnie z boku i postrzelił, a ja… Nie wytrzymałem. Ciężko mi się to pisze, ale spanikowałem. Zacząłem uciekać, szukałem osłony. Nie, nie tylko osłony – chciałem się po prostu schować, żeby te łyse dranie nawet mnie nie widziały. Na szczęście drużyna poradziła sobie beze mnie przez tych kilka chwil, ale na zawsze zapamiętam ten moment, gdy ich zawiodłem.

Pamiętam, że główny gmach był pełen tych zbiorników z uśpionymi ludźmi. Strzelaliśmy się tam z kolejnym patrolem. Ava wspierała nas z góry – na szczęście gmach miał przeszklony dach, więc miała świetny widok.

Pamiętam, że chwilę później przyszedł patrol złożony z trzech sectoidów. Ale dzięki Avie, a także dzięki temu, że byliśmy świetnie rozstawieni po poprzedniej strzelaninie, skosiliśmy ich tak szybko, że nawet nie zdążyli mrugnąć. To był przyjemny moment.

Pamiętam, że zanim się ewakuowaliśmy, walczyliśmy z przyzwanymi przez ADVENT posiłkami. Dwa transportowce, jeden po drugim, stawiały nam na drodze kolejnych żołnierzy. Poradziliśmy sobie z nimi bez trudu. Cały czas ściskałem fiolkę z próbką tego dziwnego płynu, w którym ufoki trzymają uśpionych ludzi.

Pamiętam, jaką poczułem ulgę, kiedy odlatywaliśmy, a to przeklęte miejsce eksplodowało za nami.

11 maja 2035

Z powrotem w bazie. Z powrotem w ambulatorium, razem z Jonem i Kaśką. W dobrych nastrojach. Rozwaliliśmy tamten ośrodek. Ufoki będą musiały zacząć przynajmniej część prac nad projektem Awatar – czymkolwiek on jest – od nowa. Ale oczywiście zegar wciąż tyka, a kosmici pracują nieustannie. Ale to nie ma znaczenia. Wczoraj udowodniliśmy sobie, im oraz całemu światu, że XCOM ma zęby. Że możemy ugryźć. Wiemy, gdzie znajdują się kolejne dwa ośrodki związane z Awatarem – i na nie też wkrótce przyjdzie pora.

A tak, napisałem to, prawda? „XCOM”. Tamten stary zawiódł, ale nam się uda. Czuję to.

C.d.n.

Tags: , ,

  • MarvelMan

    Wizja Zwierza jak granadierku szczerze mówiąc trochę zrobiła mi dzień.

    I teraz się zastanawiam co dalej będzie szczególnie że została tylko jedna postać po której stracie dziennik się skończy. No ale bądźmy dobrej myśli oczywiście.